[Zdarza mi się coraz częściej...] artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Przekrój” nr 9
  • data publikacji
  • 2000/02/27

[Zdarza mi się coraz częściej...]

Zdarza mi się coraz częściej czytać recenzje teatralne, które są pisane jakby obok przedstawienia lub po jego marginesach. Zamiast rzetelnego omówienia spektaklu — popis recenzenckiej elokwencji, nijak przystający do materii scenicznej. I zawsze w jakiejś masce: Narcyza. Harcownika. Szydercy. Głupio złośliwego. Nachalnego i apodyktycznego w swoich sądach. Rozdzielającego razy artystom. Najbardziej irytują mnie ci o skłonnościach grafomańskich. Obrodziło ich ostatnio ponad miarę.

Daję upust swojej złości po przeczytaniu aż ośmiu recenzji ze spektaklu Wesela Wyspiańskiego w inscenizacji Jerzego Grzegorzewskiego na deskach Teatru Narodowego. W trakcie lektury odnosiłem wrażenie, że ich autorzy oglądali nie to samo przedstawienie. Któremu zatem sprawozdawcy wierzyć? Przedzierając się przez nadmiar wielosłowia i mało ostry opis sposobu myślenia inscenizatora, próbowałem się dowiedzieć — jakie jest to Wesele? Na próżno, acz nie bez zadziwiających odkryć. Zdumiała mnie np. wręcz magiczna wiedza jednego z krytyków o przeżyciach widzów: „Ustrój poetyczności rządzi tym spektaklem. Widzowie zanurzają się w rzewności. Razem z bohaterami żałują tego, czego nigdy nie osiągnęli i tego, czego nigdy nie osiągną. Skazani na wieczną klęskę, dziś bardziej egzystencjalną, niż narodową, bo inaczej rozkładają się teraz akcenty w tekście Wyspiańskiego”. Boże miłosierny — zapewne szatan ułożył mu te zdania! Po takiej rekomendacji strach iść na przedstawienie.

Błądząc w labiryncie zadziwiająco sprzecznych ocen i sądów o Weselu Grzegorzewskiego — postanowiłem przynajmniej ustalić, jaką funkcją w spektaklu reżyser obdarzył Chochoła, ogromnie sprawczą osobę dramatu. Kilku krytykom Chochoł gdzieś się zapodział. Z pozostałych żaden osobno nie zaspokoił mojej ciekawości. Czy wspólnie byli w stanie to uczynić? Spróbujmy tedy zestawić ich objaśnienia:

1. „Piękny i oryginalny jest Chochoł (Maria Wieczorek)”.

2. „W scenie ostatniej przygrywa weselnikom to znikającym, to znów wyłaniającym się z zapadni, jakby w rytm ruchu łodzi Charona pogrążali się bezsilnie w bagnie. Przypomina się tutaj wstrząsająco piękna scena odpływania poległych bohaterów w Nocy listopadowej Wajdy. Obraz Grzegorzewskiego ma podobną siłę, ale jedynie on”.

3. „Goście weselni — pokazani jako zbita w kupę, pozbawiona indywidualności, podrygująca w rytm muzyki ludzka masa — wtaczają się na scenę wielokrotnie, by w finale zniknąć, pozostawiając na placu boju samotnego Chochoła”.

4. „Żadna to słomiana pałuba chroniąca róży krzak, żadna chodząca gnuśność. W finale pod weselnikami zapada się podłoga. Widzimy ich do kolan, rozkołysanych, jakby grzęźli w rozległym bagnie albo płynęli tratwą. Nieszczęsny depozytariusz złotego rogu, zgoniony, spity, ogłupiały Jasiek (Arkadiusz Janiczek) skoczy między nich — i niewidoczna barka, jakby dociążona ponad punkt krytyczny, pogrąży się pod scenę, zostawiając na powierzchni słomianego anioła śmierci i girlandy skrzypcowych dźwięków”.

5. „Zaraz rozpocznie się chocholi taniec. Wszystkie osoby Wesela znikną w teatralnej zapadni. Niczego nie dokonawszy odejdą w ciemną niepamięć. W programie do przedstawienia pozostaną życiorysy gości pamiętnego wesela w Bronowicach. Przeorane przez jedną lub dwie wojny, pełne nieszczęść i nieoczekiwanych zwrotów. Egzystencja zostaje postawiona ponad teatralną zagładą, której dokonuje Chochoł, muzykalny wysłannik śmierci. Melancholia spotyka się z historią”.

No wreszcie! Chochoł u Grzegorzewskiego jest „słomianym aniołem śmierci”, „wysłannikiem śmierci”. Ale to wciąż za mało! Żeby w pełni uzmysłowić sobie, czego dokonał Grzegorzewski, musiałem przeczytać wypowiedź Gustawa Holoubka, zanotowaną przez dziennikarza: „Chochoł został po raz pierwszy odczłowieczony w sposób właściwy. I odludowiony, choć muzyka, którą gra, dotyka przecież źródeł muzyki ludowej. Chochoł stał się bardziej uniwersalny. To nie jest krzak róży wyjęty z ogrodu, tylko memento, które od tylu lat nam towarzyszy”.

Zamiast komentarza — pytanie. Dla kogo pisze się recenzje?