Animula bidula artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Trybuna” nr 70
  • data publikacji
  • 2004/03/23

Animula bidula

Jedyny, samoswój, odmienny, niepokojący i tajemniczy jest teatr Jerzego Grzegorzewskiego, do którego — jak sam o sobie mawia — stary reżyser dopisał nowe przedstawienie: Duszyczkę według Tadeusza Różewicza, graną na scenie Teatru Narodowego.

1. Lektura. Grzegorzewski czyta na scenie. Właśnie: czyta, a nie — o czym rozprawiano bardzo głośno — pisze. Często wyznaje, że woli czytać niż reżyserować. Każdym niemal przedstawieniem „ostatecznie” żegna się z teatrem, który coraz bardziej mu nie wystarcza, który drażni go niedoskonałością, a zarazem ciągle kusi. Ostatnie spektakle, ale i wiele wcześniejszych, to ucieczka od klasycznego teatru dramatycznego, ucieczka od dramatu w stronę interpretacji i czytania, w stronę eseju i rozbioru, w stronę testamentu-wyznania Morze i zwierciadło wg poematu Audena, Hamlet wg eseju Wyspiańskiego, teraz Duszyczka wg poematów Różewicza. Pożegnania i dopiski na marginesie, błyskotliwe uwagi o świecie i sztuce, nieustanne badanie, czy sztuka może dzisiaj coś znaczyć, przesłania artysty, rozrachunki inteligenckie. Taka też jest Duszyczka — spektakl o ulotności, przemijaniu, o sile doznań zmysłowych i łaknieniu metafizyki.

2. Nocne czuwanie. Zbieramy się późnym wieczorem w holu Teatru Narodowego. Duszyczka grana jest o godz. 21.00, wtedy, kiedy zazwyczaj teatry kończą przedstawienia. W holu pustawo — na widowni w podziemiu Teatru Narodowego mieści się zaledwie 40 osób, przestrzeń w której rozegra się spektakl, to podziemny łącznik między Teatrem Narodowym a jego Sceną na Wierzbowej. Tędy przemieszcza się z magazynów kostiumy i dekoracje. Wśród widzów atmosfera konspiracyjnego zebrania. Ta garstka widzów-wybrańców nie czeka na dzwonek, ale na przewodnika. Okazuje się nim sam Mistrz. Grzegorzewski prowadzi widzów bocznymi drzwiami z szatni na zaplecze, którego używa zespół teatru. Z drugiego holu przy wejściu służbowym schodzimy w dół, do łącznika. Mijamy po drodze dziwne przedmioty, na wpół zbitą kulę, potem jakby dopiero odkryte stare freski, które uniknęły zagłady, pomalowane w jaskrawe kolory ściany korytarza. Siadamy wzdłuż ściany tunelu — widownia w Hadesie zebrana na nocne czuwanie. Bo tędy będą przepływać-przechodzić dusze potępione, a może zbawione, bo za chwilę rozpocznie się wędrówka przez dzieje, krajobrazy, wspomnienia — wielki, w klimacie bardzo Joyce’owski monolog wewnętrzny (choć na wiele głosów rozpisany) inteligenta, który oglądając się za siebie szuka punktów oparcia.

3. Fragmenty. „Cała twórczość Różewicza to dzieje współczesnej, skarlałej, schorowanej, zbłąkanej duszyczki” (Tadeusz Drewnowski). Parafrazując tę trafną uwagę krytyka można powiedzieć, że cała twórczość Grzegorzewskiego traktuje o przedziwnych przygodach zbłąkanej duszyczki, animuli biduli. Artysta próbuje odnaleźć w strzępach, fragmentach, odpadach, odrzuconych przedmiotach (stąd bodaj jego upodobanie do „dziwnych”, zapomnianych przedmiotów, odnajdowanych na wysypiskach cywilizacji) prawdę o świecie, wydrzeć z nich tajemnicę istnienia. Duchowa więź Grzegorzewskiego z Różewiczem właśnie na tym polega — na odczuwaniu fragmentaryczności świata i jednocześnie na ciągle podejmowanych próbach scalenia, ze świadomością bez mała syzyfowego charakteru tych usiłowań.

4. Do źródeł. Spektakl odwołuje się nie tylko do Duszyczki, ale także poematu Et in Arcadia ego. Nie przypadkiem. Grzegorzewski za Różewiczem wędruje do pępka cywilizacji śródziemnomorskiej, do Italii, i jak on nicuje wielki mit, pokpiwa z niepoliczonych frazesów, ukazuje drugą twarz mitycznych miejsc, ich prozaiczny wygląd i płaską codzienność. Ale przecież, mimo ogromnej ironii i humoru, z jakimi portretuje Włochy, unieważniając ich chwałę i sławę, na koniec odzywa się z pokorą: „Nie wstydzę się / płakałem w tym kraju / piękno dotknęło mnie”. Wielka siła wyrazu, z jaką wędrowiec — Jan Englert — wypowiada te słowa, przywraca zachwianą hierachię świata. Choćby na moment, ale i to się liczy. Tylko poezja i sztuka są zdolne dzisiaj stwarzać takie chwile osobliwe.

5. Humor. Nie ma Różewicza bez jego poczucia humoru, nie ma Grzegorzewskiego bez jego przewrotnego humoru. Czasem postępuje jak psotnik, który chce rozdrażnić publiczność: wprowadza wysoki ton, aby po chwili rozbić w pył taką wydmuszkę chwili. Nienawidzi patosu, fałszu, wielkich słów. Tropi udawanie, ale lubi udawać, przebierać się w operetkowe, szmirowate fatałaszki, aby za moment to udawanie zdekonspirować i skompromitować. Wtedy popatruje po widzach, czy wywarł odpowiednie wrażenie. Takich chwil w Duszyczce jest wiele. Aktorzy pracujący z nim od lat, ale także ci od niedawna poznający jego teatr, mają doskonały słuch na jego typ humoru, potrafią pokazać dwuznaczność sytuacji, wywrócić na nice całą scenę, aby ukazać jej drugie dno: „pan też udaje don Kichota / te wiatraki bez skrzydeł / to zwykłe szalety…”.

Ironia spektaklu sięga apogeum, kiedy aktorzy śpiewnie melorecytują fragment Arcadii: „a jeśli tego miasta nie ma za ścianą / jeśli go tam nie ma”. Genialnie wydobyty motyw z poematu Różewicza buduje klimat metafizycznej trwogi i komediowej podszewki codzienności.

6. Pożegnanie. Żegnanie się artysty ze światem. Obol wypłacany Charonowi na ostatnią drogę. Grzegorzewski zapowiada rozstanie z teatrem. Nie chcę w to wierzyć. Ale jeśli nawet to pożegnanie, to bez grobowych fanfar i przemówień. Zwiewne i pełne humoru, łagodnej melancholii. Nie chcę jednak wierzyć, że już w żadnym nowym przedstawieniu Grzegorzewskiego nie zobaczę Anny Chodakowskiej mówiącej jak w natchnieniu, z przejmującym akcentem, z odrobiną szaleństwa wsysającą widza w świat pytań głównych: „kim jestem, gdzie jestem, co za mną, co przede mną?”. Z tymi pytaniami zmaga się Jan Englert jako R., a towarzyszą mu w tym (oprócz Chodakowskiej) Beata Fudalej, Magdalena Warzecha, Anna Gryszkówna, Anna Ułas i Waldemar Kownacki. Razem tworzą wielogłosowy monolog o biednej duszyczce, o czymś niepochwytnym, a jednak tak bardzo wyrazistym, co stanowi o człowieku. Tworzą wielkie skromne przedstawienie: „to przecież moja ręka dłoń czy nie czujesz, jak ona jest wdzięczna za to że jesteś”.