Bez tańca chocholego… artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Gazeta Południowa” nr 136
  • data publikacji
  • 1977/06/19

Bez tańca chocholego…

To, co zachwyca gości weselnych We­sela Wyspiańskiego — niezależnie od tego, czy za parawanem zachwytów kryją się obsesje, lęki, widma, kabaret polityczno-społeczny i historia narodu razem wzięte lub rozpatrywane osobno — jest „chatą rozśpiewaną”. W różnych tonacjach.

Co parę lat znajduje Wesele swych nowych odkrywców, by znów powracać do pierwotnego kształtu widowiska-retro, za każdym razem jednak potwierdza­jąc obawy, że nie da się wskrzeszać (czyli powtórzyć) spektaklu, który by stanowił wierną kopię pierwszego. I czas nie ten, i aktorzy inni, a publiczność też nie ta sama – ergo i nastroje odmienne…

Nieodmienna jest przecież ciekawość współ­czesnych, na ile treści Wesela i jego odniesienia do naszej wrażliwości, do wyciągania wniosków z owej tragikomicznej opowieści zwyczajnego-niezwyczajnego zebrania ludzi oraz postawy w chacie weselnej — mogą nadal służyć (jako tło i pretekst) do kąpieli w tej łaźni obywatelskiej, szy­derczo zbudowanej przez autora w środku bronowickiego dworku sprzed 77 lat. No i okazuje się, że to nie galicyjsko ograniczone motywy jakiegoś sprzy­mierzenia chłopsko-inteligenckiego, pozbawione szerszego horyzontu klasowego rozwiązania sprawy polskiej u progu obecnego stulecia — czynią z dramatu szopkowego Wyspiańskiego polityczną i społeczną plat­formę wizji nowych inscenizatorów sztuki. Właśnie niedosyt na tym polu wywołuje potrzebę jeszcze je­dnej konfrontacji ideowo-artystycznej z każdą fazą rozwojową kraju i społeczeństwa. Było zatem m.in. Wesele z r. 1945 pokazane w Krakowie przez Teatr Wojska Polskiego odwołujące się do nieznanej jeszcze formuły ludowości, był spektakl B. Dąbrowskiego z akcentami rachunku sumień, była kręcąca się szopka wad narodowych Hanuszkiewicza, cepeliowsko-satyryczna, był „reportaż” groteskowo-kabaretowy Lidii Zamkow bez Chochołów i zjaw, traktowanych z naiwną dosłownością, były dwa ujęcia Wajdy: sceniczne oraz filmowe, to ostatnie drapieżne aż do granic drwiny w niecnocie narodowej i na tle pejzażu wykraczającego poza granice autorskich sugestii, było wreszcie przedstawienie-rekonstrukcja w Teatrze im. J. Słowackiego, zakończone fiaskiem — i mamy znów Wesele Jerzego Grzegorzewskiego w Teatrze Starym. Wesele odnowione, bardzo współczesne a zarazem wykazujące, jak trudno nawet największej pomysłowości inscenizatorskiej oderwać się od… tradycji. Przy czym jest to widowisko niezmiernie oryginalne, pobłyskujące niekiedy urodą tea­tralną zapierającą dech w piersiach, niewątpliwie duże wydarzenie artystyczne — a przecież nie wolne od potknięć i rys[ów] w zaplanowanym (i zrealizowanym na scenie ) kształcie pamfletowym. Przede wszystkim jest to ogromna — rozprzestrzeniona na salę, a nawet poza jej krąg — „chata rozśpiewana”, choć owa śpiew­ność płynie z poszarpanych strun symbolicznego for­tepianu, rozbitego na części i cząsteczki przez scenografa Grzegorzewskiego, który podpiera (a czasem przysłania) wizję Grzegorzewskiego-reżysera. Więc na scenie królują z prawa i lewa potężne odrzwia z „wybebeszonego” fortepianu. Ku środkowi prowadzą także drzwi fortepianowe z osadzonymi na „futrynach” smyczkami skrzypiec. Potem znajdą się również, jak ścianki między proscenium a mrocznymi kątami chaty — konstrukcje ze stolarskich pił, przypominające pulpity nutowe. Głęboko w tyle — po prawej stronie, w amfiladzie, przyćmiona izba. Jeśli jednak widz nie usadowi się na wprost sceny — dekoracje pierwszego planu po bokach zasłaniają mu widok i przeszkadzają w śledzeniu akcji na obrzeżu scenicznym. Wskutek tego i Wasz sprawozdawca nie zobaczył, lecz tylko usłyszał np. wypowiedź Nosa, zaś w ogóle nie dostrzegł, że podobno gdzieś tam maja­czyły trzy rozebrane nimfy — co zresztą nie wpłynęło na zmianę oceny całości-nie-całości widowiska.

Ale wracajmy do scenografii. Odnoszę wrażenie, że choć łączy ona w sposób zamierzony, konsekwentny i wielce pomysłowy wizję Grzegorzewskiego rozbitej śpiewności (ideowej) chaty oraz postaci, które przez nią się przesuwają, coraz bardziej zatracając swą naturalność — to jednak wbrew założeniom polifonicznym, acz zgrzytliwym, tworzą się jakby dwa, nakładane na siebie, lecz odrębne tea­try Wesela. Ten „tekstowy” nie może przedrzeć się przez ów „dekoracyjny” — na skutek czego jeden od­biera drugiemu pełną wyrazistość. A przecież oba zaskakują odkrywczością. Bo wymieńmy choćby takie rozwiązania sytuacyjno-osobowe, jak wejście Księdza prowadzonego niby feretron przez Młodą Parę, tegoż Ksiądza i Żyda trzymanych przez Czepca za nogi, w szamotaninie ruchów i słów — sił ujarzmionych na­gle ludową ręką, wirujący stół i arcytrafne wywoływanie duchów przez nowożeńców oraz Poetę, kapital­nie zsychronizowane korowody gości i drużb, a wreszcie — w finale… brak tańca chocholego. „Zastępuje” go otwarcie sali, gdzie w drzwiach zastygają po­stacie, z okien wdzierają się światła (łuny), a cała widownia przeistacza się w aktorów wielkiego zgromadzenia ludu. Ten sam wariant podczas przemowy Gospodarza: „…lalki, szopka, podłe maski” — wywołuje zamierzony skutek współgry z publicznością, czyli podjęcie dialogu nieustającego o sprawach zawsze ważnych dla społeczeństwa o odpowiedzialności za swój czas i nasze w nim działanie.

Grzegorzewski, jakby przesądzając sprawę znajomości tekstu sztuki (co zresztą nie jest takie odległe od prawdy w szerokim gronie bywalców teatralnych i młodzieży) nakłada nieraz dialogi jednej pary na rozmowę drugiej uzy­skując efektowne brzmienie przegadania podobnych kwestii (o miłości), ale ten chwyt wydał mi się już zbyt efekciarskim pomysłem, burzącym scenę Maryny z Poetą. Natomiast „ustawienie” Gospodarza mówiącego zwyczajnie o walce i sprawie, miało wymiar zderzenia słów wytartych, choć wielkich — z ma­łością tych ludzi, których w odzewie stać tylko na bierność.

Zwykle najwięcej kontrowersji i kłopotów przyczy­nia akt II, gdzie Wyspiański wprowadza Osoby Dra­matu. Czy to wizje podpitych, czy drwiące wyśmianie zawodowych wizjonerów dziejowych odsłon w teatrze narodowym? Prawie każdy reżyser odwołujący się do nowoczesności teatru „ma pomysły” na umotywowanie obecności duchów w Weselu. Grzegorzewski — po Zamkow — stworzył tu wersję, najbardziej prawdo­podobną. I bynajmniej nie odległą od intencji autora, choć okroił poważnie gadatliwość zjaw. Nie odciął się od Chochoła, raczej tradycyjnie wprowadziwszy go na scenę, ale za to zgrabnie ukazał Widmo w obecności Marysi i Wojtka, który przejmuje jakby rolę zmarłego wielbiciela żony. Dobrze i bez zbędnych oracji sprzągł Hetmana z Panem Młodym — w przeciąganiu się plecami złączonych postaci. W sposób naturalny, jak ze strun zerwanych fortepianu, wyłonił Czarnego Rycerza przed rozśpiewanym Poetą, zaś Wernychorze odebrał całą perorę — ograniczając spotkanie do wymiany okrzyków z Gospodarzem: „Jutro? Jutro?”. Nie było też przekazywania Złotego Rogu, który — ja­ko rekwizyt własny Gospodarza powędrował zza pa­zuchy do Jaśka. Grzegorzewski więc wybrnął z tego najtańszym kotsztem artystycznym.

Jak widać, przytaczam więcej plusów inscenizacji, aniżeli minusów. Sporo bowiem świeżości przemy­śleń zawiera to współczesne, a jednocześnie starają­ce się dochować wierności dramaturgowi przedstawienie w Starym Teatrze. Przemawia też do wyobraźni dzisiejszego odbiorcy swym nie napuszonym stylem pamfletu politycznego i społecznego. Ale ma wyraźne dłużyzny, zwłaszcza w III akcie — i kilka co najmniej „puszczonych” ról. W ogóle jeśli idzie o spektakl premierowy — aktorzy za częsta gubili tekst, a jeszcze częściej nie dochodził on do uszu słuchaczy w pełnym brzmieniu. Rozumiem świadomą dążność do zacierania części dialogów, jako podległych umownej stylistyce bełkotliwości o pryncypiach ideowych w ustach niedoważonych „przywódców” irrealnego zbratania narodo­wego — lecz sądzę także, iż z tym bełkotem i reżyser, a za nim aktorzy, trochę przesadzili.

W sumie, pomimo zastrzeżeń, jest to widowisko urodziwe i ambitne artystycznie. Przejmujące w wielu momentach i jak najbardziej godne uwagi. Ważne za­równo dla Starego Teatru, jak i dla odbiorcy — bo po­kazujące, ile jeszcze ukrytych możliwości niesie twór­cze odczytanie tej dziwnej sztuki naszej tragikomicz­nej szopki narodowej, z której każde nowe pokolenie może czerpać nauki oraz przyczynki do zadumy nad losem górnym i chmurnym.

Teatr zadbał o staranną obsadę aktorską We­sela. Rzadko zdarza się naszym scenom zapew­nić niemal każdej roli tak doborowych wykonaw­ców. I jeśli nawet nie wszyscy wykazali się tu szczytową formą operowania środkami wyrazu artystyczne­go, to i tak wolno mówić o sukcesie zespołowym. Gdy­by nie braki w opanowaniu całości tekstu, można by nazwać kreacją rolę Gospodarza (Jerzy Bińczycki) jakże odmienną od koturnowych ujęć poprzedników. Dużą klasą zabłysnął Jerzy Trela (Jasiek) cwaniacko zagubiony w nieświadomej wielkości zadań parobka, czy Jan Nowicki — Poeta parodiujący Przybyszewszczyznę we współczesnym wydaniu, albo Jerzy Radziwiłowicz (Pan Młody) nie chcący tworzyć odbitki fotograficznej Rydla na scenie. A Dziennikarz Jerzego Stuhra — cynik i neurastenik w jednej osobie, rzucający pomost ku widowni nad 70 latami doświadczeń Wesela. Czy Nos (Mieczysław Grąbka) młody dekadent w karykaturze, i Wojtek (Jerzy Święch) drugie wciele­nie Widma, ale w sukmanie, i Dziad Stanisława Gronkowskiego, pozbawiony krwiożerczości, i Czepiec (Tadeusz Huk) nie zdemonizowany wójt-zabijaka. To znów Rachel rozpoetyzowana bez szarży i nadużywania właściwości mowy, tak łatwych przez banał akcentów (Anna Polony), i skupiona Marysia Elżbiety Karkoszki, i wspaniale ironiczna w pozie Radczyni (Ewa Lassek) oraz superwdzięczna w przekorze Zosia (Anna Dymna), czy rozbuchana drwiąco Maryna Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej. Pannę Młodą grała zbyt może unaiwniona — ale wykazująca już w III akcie interesujące tony — Agnieszka Mandat, soczystą Kliminą była Wanda Kruszewska. Obsadę dopełniali: Maria Zającówna-Radwan (Gospodyni), Roman Stankiewicz (Żyd), Bolesław Nowak (Ksiądz), Ewa Kolasińska (Kasia), Marek Litewka (Kacper), Magdalena Jarosz (Haneczka), Elżbieta Willówna (Czepcowa), Kazimierz Borowiec (Ojciec). Jako Osoby Dramatu wystąpili, oszczędnie wtopieni w tło: Aleksander Fabisiak (Widmo), Stefan Szramel (Stańczyk), Tadeusz Malak (Hetman), Jerzy Fedorowicz (Upiór), Bolesław Smela (Wernyhora) i najsłabszy z widzianych przeze mnie Chochołów — Sosnowski. Oprawę muzyczną, dobrze stylizowaną pod współczesność, stworzył Stanisław Radwan.