Bloom w zajezdni tramwajowej artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Trybuna” nr 236
  • data publikacji
  • 1999/10/08

Bloom w zajezdni tramwajowej

Premiera Nowego Bloomusalem według Ulissesa Jamesa Joyce’a siłą rzeczy skłania do porównań z poprzednim widowiskiem Jerzego Grzegorzewskiego — Bloomusalem sprzed ćwierć wieku w Ateneum. Porównanie to nie wychodzi na korzyść nowej wersji. O ile spektakl w Ateneum zagarniał widzów zmysłowością i wielkością impulsów, o tyle ten nowy — aczkolwiek pod względem technicznym doskonalszy — sprawia wrażenie dzieła znużonego samym sobą.

Zapowiada się świetnie. Tak jak przed laty na scenę wychodzi Marek Walczewski (w Ateneum grał rolę Blooma-Odysa-Każdego-Nikogo) i wykonuje swoje słynne ćwiczenie z językiem, którym sięga do nosa — trick podziwiany na całym świecie za sprawą Wajdowskiej Ziemi obiecanej. Ale to jedynie smakowity cytat, przywołujący atmosferę poprzedniej inscenizacji. Tym razem Grzegorzewski akcję po bożemu umieszcza na scenie, choć scenę po swojemu niemiłosiernie wydłuża (likwidując pierwszych 6 rzędów na widowni). Daje to wrażenie ogromnej przestrzeni, ale też sprawia, że aktorzy gubią się w tych przepaścistościach, a czasem gubi się nawet ich głos i nie wiadomo, co mówią.
Zmiana koncepcji przestrzeni scenicznej nie jest jednak tylko zmianą formalną, i nie jest wbrew pozorom kwestią nieistotną dla widzów. Wynika ona bowiem z odmiennej koncepcji inscenizacji. O ile widowisko w Ateneum buchało zmysłową energią i Proteuszową zmiennością, ukazując bohatera rozdartego, na rozdrożu, o tyle nowa inscenizacja na plan pierwszy wysuwa sytuacje zagubienia (przestrzeń to wzmacnia). Nowy jest przede wszystkim punkt widzenia. O ile poprzednio dominowało spojrzenie parodystyczno-ironiczne, o tyle teraz surrealistyczno-dekadenckie. Oczywiście, Ulisses jest dziełem tak bogatym, że obie interpretacje są „słuszne”. A jednak osłabienie nerwu groteskowego, niejako „wyciszenie” inscenizacji osłabia efekt widowiska, które grzęźnie co chwila pod ciężarem swej technicznej doskonałości.

Inna optyka odczytania Joyce’a nadała inny kierunek głównym postaciom dramatu, współczesnym wcieleniom Odysa i Telemacha, czyli Blooma (Mariusz Benoit) i Dedalusa (Mariusz Bonaszewski). Benoit mimo swej warsztatowej biegłości i niektórych scen mistrzowskich, zwłaszcza w sekwencji z panią Breen (świetna Gabriela Kownacka), w której ujawnia się jako salonowy uwodziciel, nie podkreśla metamorfoz Blooma, jego wewnętrzne przemiany przechodzą niemal niezauważalnie. Jeszcze mniej ekspresyjnie, wręcz monotonnie na jednej nucie buduje swoją postać Bonaszewski. Na tym tle ostre epizody, wydobywające wyrazisty szczegół, bardziej przykuwają uwagę niż główni aktorzy dramatu, których cierpienia i doznania pozostają nieczytelne. Do osiągnięć aktorskich tego spektaklu należą na pewno role Doroty Segdy jako prostytutki Zoe, Zdzisława Tobiasza (sędziego) i, oczywiście, Marka Walczewskiego, perfekcyjnego w swoich kolejnych etiudach.

Wielka machina sceniczna uruchomiona przez Grzegorzewskiego pracuje bez wytchnienia, ale brak jej ducha. Zamiast groteskowo-tragicznego spotkania Odysa-Każdego z losem, zobaczyliśmy zagubionego Blooma w wielkiej zajezdni tramwajowej, gdzie walają się szczątki pantografów i harmonijek łączących wagoniki. Zdarzają się tu wprawdzie fragmenty pełne urody (zwłaszcza ludyczne sceny z domu rozpusty), świetnie brzmią piosenki, ale i tak do dzisiaj słyszę Kaczą nogę śpiewaną przez Elżbietę Kępińską przed laty w Ateneum, uwodzicielską i sprośną, przyciągającą i odstręczającą.

Po Nowym Bloomusalem pozostanie wrażenie zagubienia, zapewne bardzo Joyce’owskie, ale pozbawione tej magicznej siły przyciągania, która nie pozwala widzowi kręcić się w fotelu.