Chór kardynałów i żołnierzy w śnie Jerzego Grzegorzewskiego artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Trybuna” nr 3
  • data publikacji
  • 1992/01/04

Chór kardynałów i żołnierzy w śnie Jerzego Grzegorzewskiego

W najnowszym przedstawieniu Jerzego Grzegorzewskiego są Trzy Siostry, które już prawie zamarzły na śmierć, a jeszcze nigdzie nie dojechały. Jest Kordelia (Teresa Budzisz -Krzyżanowska), która zdecydowanie bardziej przypomina panią Rollison niż córkę króla Leara. Jest Papa Hemingway-Lear (Krzysztof Chamiec), który w skórzanym płaszczu i zmiętym kapeluszu niekoniecznie ma coś królewskie­go w swej postaci. Jest Mężczyzna w „średnim wieku” (Andrzej Blumenfeld), który wprawdzie nie ma „zajęcia”, za to przez cały spektakl przebywa na scenie.

Jest Sir James Glucester Joyce (Wojciech Malajkat), który woli śpiewać niż mówić. W obu sytuacjach jest rów­nie z siebie zadowolony niczym Kaczor Donald. Jest Sza­lony Tomek (Zbigniew Zamachowski), postać trochę błaznowata, Szekspirowska. Szaleje na senie. Są kardynałowie pogrążeni ni to we śnie, ni to w modlitwie. Obok leżą żołnierze, przykryci swymi tarczami, na których opierają pałki „jak smyczki na strunach kontrabasu”. Obie te grupy są jakby wyjęte z Akropolis Stanisława Wyspiańskiego, albo z teatru Leszka Mądzika. W tyle sceny „Kolumny Grzegorzewskiego” odchylone groźniej od pionu niż wie­ża w Pizie. Ta chyląca się ku upadkowi „Kolumna Grzegorzewskiego”, przypominająca do złudzenia „sąsiadki” — kolumny z Pałacu Kultury, jest dobitniejszym znakiem cza­su niż wszelkie inne znaki w tym przedstawieniu. I w didaskaliach scenariusza.

Najnowsze przedstawienie Grzegorzewskiego jest w oczywisty sposób kontynuacją wielu wątków jego teatru. Jego wyobraźni. Zapoczątkowanych przed ponad dwudzies­tu laty fascynacją Joycem, Czechowem, Kafką, Szekspirem, Wyspiańskim. Zmieniają się epizody, zdarzenia, słowa. Zmienia się wyrazistość widzenia postaci i ich dramatów. W senno-nocnych wędrówkach spotykają się coraz to inne obrazy. Następują nowe „zdziwienia”. Ale przecież są i motywy stałe. Np. nocne wędrówki bohaterów. Misterium umierania, albo raczej zamierania. Poczucie mijającego czasu zamknięte w misternej strukturze rytmicznej przedstawienia. Do tego wszystkiego przyzwyczaił Grzegorzew­ski swoją publiczność.

Ale zdarzają się rzeczy nowe albo niespodziewane. W ostatnim przedstawieniu do takich może należeć kulmina­cyjny dla dramaturgii spektaklu chór kardynałów i żołnierzy. Ekspresja i emocja, która towarzyszy wybuchowi tych dwu autentycznych mocy, połączonych ze sobą nie­porównywalną harmonią i zarazem zgrzytem, płynącymi ze wspanialej kompozycji muzycznej Stanisława Radwana, stwarzają prawdziwie przejmującą i groźną rzeczywistość. I mimo że Grzegorzewski potęguje efekty dramaturgiczne przywołując Króla Leara Szekspira, i Ulissesa Jamesa Joyce’a, i Mord w katedrze Thomasa S. Eliota, to w żad­nym momencie przedstawienie nie wyniesie się już ponad ów chór biskupów i wojskowych. Związanych jakimś sil­nym przymierzem w „czasie jednej nocy grudniowej”, kiedy to sztuka Grzegorzewskiego rozgrywa się.

O przedstawieniach Grzegorzewskiego można by pisać długie opowiadania. Jest też coś odwrotnego. Wydaje się, że jego przedstawiania powstają z długich opowiadań. Są szczególnym skrótem tych opowiadań. Czasem trudno rozszyfrować w nich sens wszystkich skrótów. Opowiadania, czy raczej monologi wewnętrzne Grzegorzewskiego, łącznie z jego didaskaliami i te, które jawią się pod wpływem przedstawień publiczności czy krytyce, zapewne bardzo różnią się od siebie. I właśnie te różnice mogą być atrak­cyjne. Nie bardzo mogę zgodzić się z tym, że jak pisze Ewa Bułhak w ciekawym szkicu zamieszczonym w programie, scenariusze Grzegorzewskiego „stały się sztukami”. Warto by to sprawdzić, gdyby znalazł się ktoś, kto by chciał sztuki Grzegorzewskiego wystawić.

Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, aby ktoś mógł na scenie tak śnić jak Jerzy G.