Czechow Grzegorzewskiego artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Tygodnik Powszechny” nr 49
  • data publikacji
  • 1979/12/09

Czechow Grzegorzewskiego

Dziesięć portretów z czajką w tle według Antoniego Czechowa — tak zatytułował Jerzy Grzegorzewski swój spektakl, który w listopadzie br. wszedł na deski Starego Teatru w Krakowie. Ten tytuł nie jest przypadkowy. Jego autor zawarł w nim pewien sygnał, który należy wziąć pod uwagę przy odbiorze tego przedstawienia. Jeśli się. ten sygnał zlekceważy, pójdzie się błędnym tropem.

Dziesięć postaci i dziesięć portretów — z czajką w tle. Czajką martwą. Czajką figurą symboliczną. Figurą zranienia i okaleczenia egzystencji ludzkiej w samej jej strukturze. Wszystkie postaci w Czajce wiodą podobną egzystencję — jałową i pustą, pozbawioną sensu i znaczenia. Jedne się na nią godzą, inne się buntują. Próbują nawet gestu samobójczego. Ich świat jest bez nadziei jak u Becketta.

Podstawowa tonacja przedstawienia Grzegorzewskiego — przy wszystkich przesunięciach semantycznych — jest z Czechowa, choć ten Czechow jest oglądany poprzez doświadczenia awangardy teatralnej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tonacja to bardzo ciemna, znacząca piękno ludzkiego bólu, które ujawnione zostało tu w sposób ledwo uchwytny. Powstała ona poprzez „nasycenie formą”.

Główne opory widza przeciwko przesłaniu teatralnemu Grzegorzewskiego są oporami przeciwko językowi tego przedstawienia: językowi skrótów, zagęszczeń pola semantycznego, półtonów, ściszeń posuniętych do szeptu, ostrości rysunku i równoczesnych zatarć, wydłużonych pauz, ciągłych zmian rytmu i światła, przybliżeń i oddaleń obrazu, przenoszeniu ich na boki lub w głąb sceny. Widz zmuszony tu został do myślenia, zastanawiania się, do wysiłku nie tylko intelektu, ale i wyobraźni. Ta ciągła koncentracja, by się nie pogubić w tym wszystkim, by usłyszeć, by ogarnąć wszystkie plany scenicznych wydarzeń — męczy, to prawda. Ale to zmęczenie w rachunku całościowym jakoś się opłaca. To przedstawienie wciąga nas w jakiś dziwny sen, sen, w którym przez wypadki niczym życiowo nieuzasadnione, wzniosłe i płaskie, śmieszne i tragiczne prześwieca — jakby powiedział Witkacy — „łagodne, niezmienne, z Nieskończoności promieniujące światło Wiecznej Tajemnicy I s t n i e n i a”.

Grzegorzewski dokonał drastycznych cięć w tekście Czechowa. Wyrzucił z niego ponad połowę słów. Przez te cięcia, bardzo zresztą przemyślane i uwarunkowane jego koncepcję inscenizacyjną, naruszył jednak pewną ciągłość fabularną. To prawda, że zachował w dialogu wszystkie rzeczy istotne eliminując z niego informację, anegdotę, opis, a więc to, co może przejąć scenografia. Dialog przez te skróty zyskał na „gęstości”, ale ta „gęstość” utrudnia percepcję. Aby była w pełni odebrana przez widza, potrzebuje ona kontrastowego tła, a więc tego, co nazywamy potocznie anegdotą. Te „poranione”, w połowie urwane lub nie dokończone zdania, z których Grzegorzewski buduje tkankę dialogu, służą świetnie pokazaniu nerwowości, czy nawet histeryczności sytuacji dramatycznych w Czajce, lecz nie ułatwiają czytelności znaków teatralnych.

Grzegorzewski przenosi akcję sztuki Czechowa w zupełnie inny krajobraz. Jest to krajobraz wytworów cywilizacji a nie przyrody, natury. Bez zieleni, drzew i jeziora. Przez to przeniesienie dokonuje się jakby pogłębienie tonu dramatycznego Czajki, odbieramy go przez obraz wygnania z pejzażu łaskawego dla człowieka. „Gdzie powiedziane — mówi jeden z największych poetów współczesnych — że należy się nam ziemia-oblubienica / Abyśmy zanurzyli się w jej rzekach głębokich i czystych / I płynęli żyznymi prądami niesieni?”

W spektaklu Grzegorzewskiego występuje czołówka aktorska Starego Teatru. Nie jest on jednak paradą gwiazd. Styl gry podporządkowany został głównej idei formalnej, która w pewnych poszczególnych przypadkach mogła się nawet wydać skrępowaniem aktora, powstrzymywaniem go, by nie zagrał na „pełnych obrotach”. Tak było np. z Jerzym Stuhrem na premierze prasowej, choć mam świadomość, że jego „niekolorowa gra” była wyznaczona charakterem powierzonej mu roli. Najpełniej — odnoszę wrażenie — odnalazła się w poetyce spektaklu Grzegorzewskiego Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Jej styl gry „sztuczny” i przesadnie teatralny, raz ostry i gwałtowny, kiedy indziej miękki, pełen zamyśleń, milczących wyczekiwań, pytających spojrzeń. Barwę tego przedstawienia wyznaczają jednak wszyscy wykonawcy przez świetnie przekazaną odmienność osobowości, duchowych klimatów i nastrojów. Wymieńmy ich więc w tej kolejności, w jakiej pojawiły się ich nazwiska na afiszu teatralnym. Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Mieczysław Grabka, Roman Stankiewicz, Anna Dymna, Andrzej Buszewicz, Anna Polony, Elżbieta Karkoszka, Jerzy Stuhr, Jerzy Bińczycki, Marek Litewka.