Duszyczka wstydliwa artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Tygodnik Powszechny” nr 7
  • data publikacji
  • 2004/02/15

Duszyczka wstydliwa

Jakże piękna jest Duszyczka Jerzego Grzegorzewskiego! A zaraz potem trzeba napisać z poniechaniem cudzysłowu: Jakże piękna jest duszyczka Jerzego Grzegorzewskiego! Bo i spektakl, i animula tego wspaniałego artysty zachwycają w równym stopniu.

Grzegorzewski pokazuje Duszyczkę w podziemnym tunelu łączącym dużą i małą scenę Narodowego. Trzeba zejść do podziemia z powodów, by tak rzec, ideowych i formalnych. Pierwsze są ważniejsze. Schodzimy do podziemia, bo rozmawiamy o sprawach intymnych, wstydliwych i raczej nieprzyzwoitych, takich, które zwykle trzyma się w piwnicy. Schodzimy do tunelu w podziemiu, bo gdzie lepiej rozmawiać o śmierci? O umieraniu, odchodzeniu ciała od duszy, przejściu od być do nie być? Tunel wygląda trochę jak kanał, z którego odpłynęła woda. Może to tędy płynęła Styksowa rzeka? Ale, ale, tym razem nie ma w spektaklu Grzegorzewskiego poetyckich gondoli czy pali do ich cumowania. Przestrzeń jest surowa i nieprzyjemna, Schodzimy do tunelu, bo to przestrzeń nieteatralna i gotowa, scenograficzny ready made. A wiadomo, że ten reżyser czuje się w takich miejscach wyśmienicie.

Znamy więc powody, dla których schodzimy do podziemia, w ciemność. Czy wychodząc z niej, dotkniemy tak jak bohater spektaklu martwego punktu, w którym „twórczość artystyczna nie ma znaczenia”?

Poemat prozą Tadeusza Różewicza Duszyczka został opublikowany w 1977. Zadziwia poetycką doskonałością: dziś już tak się nie pisze, poezja stała się konkretniejsza, a u Różewicza same szczeliny, w które można wpadać głęboko. Poemat w większej części napisany jest bez podziału na strofy czy akapity. Pozbawiony znaków interpunkcyjnych, stwarza wielkie możliwości dla interpretatora. Grzegorzewski odnalazł się w poetyckim żywiole znakomicie. Postawił własne kropki i wielkie litery, powykrawał z rzeki tekstu nurty dialogów i ustanowił w swoim spektaklu siedem postaci.

Główny bohater to R. grany przez Jana Englerta. To on będzie umierał i rozstawał się z duszyczką, a może zresztą to duszyczka z nim się rozstaje? Nie wiadomo, kto z kim bierze tu rozwód, kto kogo opuszcza, co z czego się zwłóczy. Biorąc pod uwagę urojenia miłosne starego R., potocznie zwane ostatnimi podrygami, i jego naganną, pełną minoderii postawę wobec poezji, można zaryzykować teorię, że to nie ciało, „zepsuta lalka” zwłóczy się z duszyczki („z czego zwłóczy się ciało z niczego z duszyczki”), ale duszyczka ma już dosyć. Samczym, biologicznym nieomal alter ego R. jest postać nazwana w programie Świadkiem, grana przez Waldemara Kownackiego. Świadka niesie po scenie rytm biologicznego pożądania. Nie mogą go ani zadziwić, ani zgorszyć zachowania nienasyconego R. On przeżywa to samo, tylko nie sublimuje.

Dalej pięć kobiet. Wszystkie nazwane tak samo: Aktorki. Pozwoliłem sobie doprecyzować te postacie. To oczywiście kobiety życia R. Różne warianty wiekowe, różne charaktery. Kobieta dominująca, kobieta sprzyjająca, kobieta wamp, kobieta dziecko, kobieta mała słaba. Pięć aktorek: Anna Chodakowska, Beata Fudalej, Anna Gryszkówna, Anna Ułas, Magdalena Warzecha. Wypełzają z zakamarków, tłoczą się wokół R, włażą na niego, histeryzują, grają, udają, wymuszają. Czasem w pojedynkę, a czasem wszystkie naraz. I nie da się przypisać żadnej określonego typu. Kobiety mienią się miłosnymi stanami, zmienne są.

Siedzimy więc w tunelu, w kanale. Jest wąski, mieszczą się tu tylko dwa rzędy krzeseł. Trochę podmalowany na okoliczność teatralną czerwonawą przecierką. Poszerzenie stanowią nisze wypełnione na karty. Kiedyś stawiano takie na dworcach kolejowych, spełniały funkcję ultranowoczesnych informatorów o rozkładzie jazdy pociągów. U Grzegorzewskiego ta dziwna, paskudna szafa odmierza czas. Odlicza przemijanie.
Na scenie fotel — wanna z blachy cynkowej. Blaszana rekamierka z porzuconymi rysunkami. Na murze portrety kobiece imitujące rysunki Jerzego Nowosielskiego. Na podłodze szyny prowadzące w szeroką czeluść z prawej strony. Na nich wózek, taki na jakim ustawia się na planie filmowym kamerę do jazdy. Śmiertelna drezyna? Kołowa łódź Charona? I gdzieś daleko, z prawej strony otwiera się wreszcie jakaś przestrzeń. Stamtąd przychodzą kobiety, stamtąd wlewa się ostre filmowe światło. Tam jest właściwy plan, tam się kręci, może nawet tam jest życie? Tytuł tego filmu, co się kręci, pochodzi z innego utworu Różewicza: Et in Arcadia ego.

Filmowym patronem spektaklu jest Federico Fellini. Młode aktorki wchodzące z zalanej światłem przestrzeni to bohaterki Dolce vita, szampanetty upojnie upojone. Film w filmie zaś spod znaku Osiem i pół. A potem kobiety wampiryczno-prostytucyjne to ulica z La strady. Tu czuje się największą różnicę. Grzegorzewski odważnie, ostro i zaczepnie wydobywa stare konwencje i udowadnia ich żywotność. Bo nie po Almodóvara, następcę Felliniego, sięga, nie po współczesną, najwrażliwszą narrację, nie po barcelońskie prostytutki z Wszystko o mojej matce. Idzie po coś starszego, co ma wielką duszę. Filmowe konwencje odczytać można w wielu scenach. Poszczególne Aktorki zachowują się jak gwiazdy różnych gatunków, a R. czasem nawet przypomina odwiecznego Bogarta z Casablanki.

Film pojawia się też na sposób bardzo trywialny, jako film życia, ten, który przewija się ponoć przed oczami konających. Już na początku na wózku wjeżdża kaseta od kamery, jak czarna skrzynka z zapisanym czyimś przebiegiem. R. bierze ją w ręce i zaczyna obracać niewidoczną taśmę. Gestowi towarzyszy skrzypiący dźwięk kontrabasu. W tym porządku Świadek jest oczywiście operatorem kamery. To on zarządza planem życia.

Ciało R. jest nienasycone, niezaspokojone, krętackie, gotowe na wiele, by osiągnąć kobiecy cel. To ciało komedianta, zgrywusa, bawidamka, playboya. A gdzie artysta, ten poeta, ten znany, o którym tyle piszą? Najstarsza Aktorka, wspaniała Anna Chodakowska, leżąc na blaszanej rekamierce, z głębi obrzydzenia płynącym głosem, wyrzuca z siebie niechętnie słowa: „obrzydliwość jaka droga prowadzi do poezji”. I oto zaczyna się dyskurs o sztuce. Z czego ją tworzyć, z niskiego czy wysokiego? Jak zachować się po roku ’68, kiedy studenci wypisali swoje hasło „sztuka to gówno”? Czy każde uwznioślenie nie jest fałszem? Czy nie lepiej stanąć po stronie nędznych miłości w podejrzanych hotelowych pokojach? Czy w nich, jeśli się je przeżywa głęboko, nie ma więcej prawdy i poezji niż w poetycznych romansach? Grzechem R. i jego duszyczki jest komedianctwo, traktowanie życia jak roli w filmie. Aktorki, których zadaniem jest gra, grając docierają do prawdy duszy. I nienawidząc niskiego, w poszukiwaniu wzniosłości opadają na samo dno tego, co niskie i wulgarne. Oto przewrotna konstrukcja, którą Grzegorzewski mądrze wpisuje się w najgorętszą dyskusję o kształcie dzisiejszego teatru.

Jakże piękna jest Duszyczka Jerzego Grzegorzewskiego, który zadeklarował, że ten spektakl oznacza koniec lub przynajmniej długą przerwę w jego teatralnej aktywności. Tymczasem witalność tego umierania jest zniewalająca, dowcip i błyskotliwość porywające i młodzieńcze. Oto Grzegorzewski w najlepszej formie, igrający migotliwością poetyckich znaczeń i aktorskim instrumentarium. Wspaniałym zwłaszcza, gdy dochodzi do głosów kobiecych. Anna Chodakowska i Beata Fudalej tworzą role mistrzowskie przy świetnym akompaniamencie pozostałych aktorów. Duszyczka to dla mnie znak, że festiwal Planeta Grzegorzewski, w ramach którego Teatr Narodowy pokazuje większość spektakli mistrza zrealizowanych na tej scenie, otwiera wielu duszyczkom nowe krainy niebiańskich czeluści.