Korzenie symbolu giną w ciemnościach… artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Dziennik Popularny”
  • data publikacji
  • 1976/03/11

Korzenie symbolu giną w ciemnościach…

Najpierw oglądamy arcydzieło roboty teatralnej. Grzegorzewski wyreżyserował i oprawił scenograficznie w sposób kongenialny Wnętrze Maeterlincka. Każdy gest, słowo, dźwięk na scenie komponują się z wielkim artyzmem i żelazną konsekwencją w to co pisarz belgijski nazywał „dramatem statycznym”. Budują teatr przeciwstawiający się akcji, namiętności, działaniu. Kreślą „tragedię symbolistyczną”, w której człowiek zdeterminowany jest ciążącym powszechnie nad światem nieznanym.

Jesteśmy świadkami oszczędnej w słowa rozmowy ludzi mających zawiadomić innych o tragicznym wypadku. Śledzimy ich wahania i rozterki wiążące się z decyzją wtargnięcia z dramatyczną wieścią w codzienność niczego nie spodziewającej się rodziny. Prawdziwymi jednak bohaterami tragedii są tamci. Bezpieczni zdawałoby się we wnętrzu własnego domu. Oddzieleni od przybyłych pod ich schronienie złowieszczych posłańców i od nas widzów jakby półprzezroczystą zasłoną. Bez twarzy, zarysowani zaledwie. Pochłonięci, celebrowanym zapewne co wieczór, rytuałem zwyczajnych spraw i czynności. Nie wiedzą nic. Może tylko raz, w momencie gdy dziewczyny podchodzą do okna, rodzi się tam, za tą zasłoną jakiś cień przeczucia, niepokoju. Lecz jest to cień tylko i wszystko po chwili wraca do normy.

Ale właśnie swą biernością, swym spokojem prowokują niejako to, co już nastąpiło i o czym wiemy już my — znajdujący się na zewnątrz.

Grzegorzewski wspaniale rozegrał te dwa plany Wnętrza. Po mistrzowsku buduje narastanie tragizmu aż do punktu kulminacyjnego. Wykorzystuje w tym celu wszystkie elementy teatralnego widowiska: aktora, słowo, muzykę, światło. Znalazł wreszcie wspaniałego wykonawcę we Włodzimierzu Skoczylasie w roli Starca. Oszczędny w środkach, spokojny przekonaniem, że właśnie tak być musiało dopowie Skoczylas to co los zgotował.

Zachwyceni realizacją Wnętrza czekamy jednak na drugą część spektaklu — Warszawiankę Wyspiańskiego. Grzegorzewski nie pierwszy sięgnął do takiego połączenia. Zrobił to już Teatr Miejski we Lwowie w 1901 r. Nie wiem co było przyczyną tamtego wystawienia obu sztuk razem. Być może tylko zabieg formalny (Warszawianka jest sztuką krótką i początkowo nie cieszyła się zbyt wielką popularnością), może jednak doszukano się więzi artystycznych łączących oba utwory. Wiadomo przecież, że młodzieńczą Warszawiankę pisał Wyspiański początkowo w Paryżu, zaczytując się równocześnie w dziełach Maeterlincka. Teraz w antrakcie jesteśmy ciekawi co chciał osiągnąć Grzegorzewski decydując się na to połączenie…

Zaczyna się Warszawianka. Scenografia została odwrócona, jesteśmy teraz we „wnętrzu”. Narasta napięcie, przeczucia stają się coraz czarniejsze.

Obecni w salonie czekają na wieści. Wchodzi Stary Wiarus — Chłopicki już wie, Maria jeszcze nie, a być może tylko udaje, że nie wie…

Wielkość, a zarazem przyczyna braku należnego rezonansu ogólnoświatowego twórczości Wyspiańskiego polega na tym, że jej artyzm i nowatorstwo zawsze związane są integralnie z treściami na wskroś polskimi. Tak jest i z Warszawianką. Jest to dramat o klęsce Powstania Listopadowego, jest to rozprawa z pewnymi pokoleniowymi koncepcjami romantyzmu. Jest to wreszcie dramat o klęsce jaką los zgotował owemu pokoleniu. I to co w tym dramacie najsłabsze, to właśnie wątek psychologiczny — wyzwanie rzucone losowi przez Marię i Chłopickiego. Grzegorzewski odpolitycznił Warszawiankę. Odczytał ją w swym spektaklu w ten sposób, że uczynił z niej prawie czystą sztukę psychologiczną.

Powiązał ją scenografią, symbolami, atmosferą z Wnętrzem. Warszawianka stała się pogłębionym, rozbudowanym odwróceniem tamtego utworu. I straciła na tym. Nie sprawdził się jej uniwersalizm, do którego reżyser zmierzał. Nie mógł się sprawdzić, gdyż jest to sztuka o konkretnych wypadkach historycznych naszego narodu, napisana przez twórcę uwarunkowanego konkretnymi pokoleniowymi przekonaniami.

Dostaliśmy więc w drugiej części spektaklu przedstawienie niezwykle piękne, kunsztownie wyreżyserowane, ale wzbudzające niedosyt. I nie na wiele zdały się wspaniałe pełne teatralności symbole, gdyż jak mawiał sam Maeterlinck: „Korzenie symbolu giną w ciemnościach…”, a niestety, do tego jeszcze niektóre z nich w Warszawiance nie tkwiły nigdy.