O „Weselu” artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Dziennik Polski” nr 130
  • data publikacji
  • 1977/06/12

O „Weselu”

Po wieloletnich spo­rach o Wesele, przeważać zaczęło wyobrażenie o pamflecie. Pod skoczną, komediową bez mała melodię wiersza, pod katarynkowo-częstochowską wersyfikacją i frazą — ry­sować zaczęło się szyderstwo. Ma­łomówny obserwator i uczestnik bronowickicj nocy, przyjaciel i po­wiernik pana młodego, zaufany pana domu, sam nieobcy idei podobne­go ożenku, potwierdzonej przecież dokonanym mariażem, pokusił się o relację na tyle wierną, na ile okrutną. Poetycki reportaż, operu­jący w pierwotnej wersji oryginal­nymi imionami uczestniczek Rydlowych zaślubin, okazał się nie byle jaką syntezą wiedzy o współczesnoś­ci. Od przenikliwej drwiny z naro­dowej tromtadracji, od wyszydzenia frazesów i mitów nie tylko jednego pokolenia emanować zaczęła świa­domość przerastająca zadania zwykłego utworu. Wesele stawać się zaczęło syntezą. Sumą wiedzy o przywarach i wadach naszego społe­czeństwa. Rachunkiem złudzeń i win groźnych dla narodowego bytu, bo usypiających świadomość pokoleń. Poszły po nim dymy po literaturze. Rosły i rosną kolejne interpretacje. Rozwija się bujnie wiedza o przed­miocie. Chocholi taniec chwytający za gardło przy większości kolejnych realizacji dramatu, jak najbardziej niezwykłe, najbardziej przejmujące zakończenie narodowej szopki, prze­stał być pojęciem czysto literackim. Zszedł ze sceny. Zaczął towarzyszyć naszym dzisiejszym pojęciom i po­lemikom. Nie tylko jako symbol. Również jako ostrzeżenie. Dziś o Weselu wiemy już wszystko — a może dokładniej: prawie wszy­stko. Nie wiemy tylko, jak je grać, Co w nim eksponować? Jak je grać, aby nie było tylko wyrazem kolej­nej przemiany, w korowodzie tea­tralnych mód i konwencji? Jeszcze jedną wersją bronowickiej chały? Jeszcze jedną drwiną z narodowej przebieranki i z pobożnych złudzeń krakowskiej bohemy?

Co uczynić, by pokazać czym jest dla nas naprawdę: gorzkim wyzna­niem człowieka, który urodził się i przeszedł przez nasze miasto nie tyle nie zauważony, ile na pewno nie doceniony, by dopiero po latach, w świadomości następnych pokoleń, w perspektywie nowych doświad­czeń, uróść do roli jednego z naj­większych pisarzy naszej literatury? Jak stroić je dzisiaj po doświadcze­niach: Wajdy, Hanuszkiewicza, Rotbauma, Zamkow czy nawet samego Grzegorzewskiego, by pokazać trwałą i przenikliwą — także i dla nas — prawdę wielkiego anachorety, który widział więcej i głębiej niż wiedzieli i widzieli jego współcze­śni, a który bawiąc się melodią i brzmieniem wiersza, niewinną paro­dią stylu i nawyków swoich przyja­ciół, powiedział nam mimochodem parę dziwnych i strasznych prawd, które nie straciły swojej aktualności i które, Bogiem a prawdą, dziś jeszcze powinny spedzać nam sen z powiek. Komedia pozorów, wizja złudzeń i nieautentyczność życia zanurzonego w różnych przebierankach i mitach nie ograniczyła się do jednej epoki. Nie zatrzymała się na jednym pokoleniu. Przejęliśmy ja niebacznie i próbujemy realizować w chocholim wyścigu za oryginalnością interpretacji i świeżością formy — jakby forma i jakby inter­pretacja były najważniejszymi, wa­żniejszymi od treści, zadaniami tea­tru. Obejrzawszy szereg spektakli Wesela, zachwyciwszy się efekto­wną zabawą na karuzeli, czekam z napięciem na Wesele w cyrku, co niekoniecznie jest ironią, jeśli przy­pomnieć prawdziwie cyrkową, cudo­wną feerię Petera Brooka, zaprezen­towaną w jego Śnie nocy letniej. Wolni — jak dotąd — od aż tak radykalnych ambicji chcemy poka­zać nasze Wesele na miarę świa­domości lat siedemdziesiątych. W czasach gdy pełna, lojalna wobec autora wersja Wesela staje się przez to samo wydarzeniem teatral­nym, w sytuacji gdy bez własnej wizji czy interpretacji — koniecznie innej, koniecznie oryginalnej — do Wesela ani przystąp to, co chcemy pokazać w wizji Jerzego Grzegorzewskiego — jest niewąt­pliwie aktem odwagi. Odwagi za­równo wobec tradycji, jak i obowiązującej mody w tym zakresie Nie będzie to bowiem naśladownic­two żadnego z dotąd realizowanych wzorów. Ani też z tego co ośmieszonej nieco modzie na nowość, przeciwstawiłoby zgrzebną prostotę czy godny szacunku powrót do źró­deł. Będzie to natomiast próba poka­zania naszych wyobrażeń o Wese­lu nie tylko jako o tekście literac­kim, ale także — może przede wszystkim — jako o ważkiej i ży­wej tradycji teatralnej. Chcemy wspaniałe frazy przedstawić i poka­zać w łączności z miejscem, jakie Wesele zajęło w naszej tradycji i kulturze narodowej. Przedstawić je nie tylko jako uznany fakt literac­ki, ale również jako uznaną wartość kulturową, obrosłą zarówno w in­terpretacje i tradycje literackie, jak i — przede wszystkim — w tra­dycje teatralne. Chcemy dać jakby reminiscencję tego wielkiego wy­siłku zmierzającego do jak najpeł­niejszego pokazania Wesela na pol­skich scenach. Przypomnieć ciągną­ce się od premiery poszukiwania najwłaściwszej formy i najbardziej odpowiedniego tonu przydatnego do wyrażenia szyderstwa i goryczy pierwowzoru.

Nie wystawiamy bowiem Wese­la w odosobnieniu. Składa się dziś na nie — tak jak obecne jest ono w świadomości i pamięci teatru — dziesiątki prób i interpretacji obro­słych niekiedy w legendę, będących rzeczywistym wyznaniem wiary twórców, a nawet pokoleń. Nie chcemy ich dezawuować. Nie uda­jemy i nie chcemy udawać, że wie­my wiącej. Albo, że wiemy lepiej. Chcemy natomiast dać wyraz ciągłości jaka istnieje w kulturze. Chcemy tę ciągłość i tę tradycję po­kazać właśnie na przykładzie We­sela. Zwrócić uwagię na okoliczność, że tworzy się i myśli w na­szym teatrze nie w opozycji do te­go, co już zostało pokazane i wy­myślone już w tym zakresie, ale w łączności z całym tym dorobkiem i z nadzieją jego kontynuacji. Nie obiecujemy zatem żadnych nowości. Chcemy jedynie pokazać Wesele według tego, co sie o nim wie. Tak jak się je pamięta. To Wesele, które stało się szansą i ambicją każdej sceny. To, które Stanisław Wyspiański napisał i przyniósł do krakowskiego teatru w odległym już, lecz płodnym początku wieku. W pewien lutowy dzień tamtego 1901 roku.