Poemat bez słów — (Nowe teatralne szlaki w Studio) artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Życie Warszawy”
  • data publikacji
  • 1996/12/19

Poemat bez słów — (Nowe teatralne szlaki w Studio)

Pierwsze premiery nowego sezonu w Teatrze Studio otwierają cykl zatytułowany Wariacje z poetami. Utwory Petera Handke i Tadeusza Ró­żewicza, pozbawione tradycyjnej fabuły, a u Handke nawet stów, reprezentują typ twórczo­ści właściwie nieobecny na scenach teatralnych.

Peter Handke napisał swój dramat w 1992 roku. Wielu kry­tyków uznało go za najważniejszy tekst napisany dla teatru w ostatnich latach. Jeśli bowiem teatr może pochodzić z życia, utwór Handke jest tego najlep­szym dowodem. „Byłem na pla­cu w Muggi koło Triestu, przez cale popołudnie, w lecie. Było szalenie piękną rzeczą przyglą­danie się temu, co się działo” — stwierdza autor. To samo miej­sce, owoce tamtych obserwacji oglądamy teraz w teatrze. Przez plac ciągle przemieszczają się ludzie. I choć nikt nie opowia­da swojej historii, nikt w ogóle nic nie mówi, każdy z anonimo­wych bohaterów niesie ze sobą strzęp swego życia, małe drama­ty i radości. Pozbawiając posta­ci prawdziwej osobowości Handke każe nam przyjrzeć się ludziom w tłumie. Szczególne­go znaczenia nabierają naj­mniejsze czynności, których zwykle nie zauważamy. Do tych postaci, ludzi z życia każdego współczesnego miasta, dołącza Handke autentycznych bohate­rów znanych z mitów kultury i literatury. Na scenie Papageno z Czarodziejskiego fletu spoty­ka Peer Gynta, obierającego swą cebulę. Nagle wkracza na plac ekipa filmowa, a po niej grupa cyrkowców, popisująca się swy­mi umiejętnościami, przywo­dząca na myśl filmy Felliniego. W teatrze Petera Handke to, co rzeczywiste miesza się z boga­tym światem wrażeń plastycz­nych i wizualnych. Nie jest to tylko portret przelewającego się tłumu. To także wykreowany z niczego obraz nowej teatralnej estetyki. Spektakl w Studio po­kazuje, że Godzinę…, nawet jeśli niesie pesymistyczne tre­ści, można przedstawić jako ciąg scenicznych obrazów wiel­kiej urody. Wówczas do głosu dojdą wrażenia zmysłowe, któ­re stają się kwintesencją patrze­nia na świat. Zatrzymany w te­atralnym kadrze kawałek zwy­czajnego życia nabiera nowych barw, zdają się mówić autor i twórcy przedstawienia.

Inscenizacja Zbigniewa Brzo­zy podąża wiernie za literackim pierwowzorem. Reżyser stara się w pełni wykorzystać techniczne możliwości teatru. Posta­ci pojawiają się także ponad sce­ną, przejeżdżając na podwieszo­nych pod sufitem linach. Dosto­sowanie się do wskazówek zapisanych w partyturze dramato­pisarza wymaga od aktorów wielkiej sprawności i precyzji. Rytm spektaklu buduje znako­mita, wykonywana na żywo muzyka Pawła Mykietyna. Two­rzy wciąż zmienny, łagodny, a po chwili ostry nastrój całości. Ascetyczną i kompletną sceno­grafię zaprojektowała Katarzyna Jarnuszkiewicz. Scenę ze wszy­stkich stron otoczyła murem, wyznaczającym opisywany w sztuce plac. Dla teatru wystawiającego Godzinę… mur ten oznacza granice tego niezwykłe­go, a zarazem zwyczajnego, świata w miniaturze.

Drugą częścią wieczoru jest inscenizacja poematu Tadeusza Różewicza Francis Bacon, czy­li Diego Velázquez na fotelu dentystycznym przygotowana przez Jerzego Grzegorzewskie­go, kończącego w obecnym se­zonie pracę w Studio. Zreali­zowana we foyer, jak niegdyś operetkowe Usta milczą, du­sza śpiewa, żartobliwa minia­tura sceniczna potwierdza zainteresowanie artysty małymi, nietypowymi formami, których prawdopodobnie nie będzie mógł realizować jako dyrektor Teatru Narodowego.

Z teatralnego żartu nie zawsze wynika wesoła treść. Grzego­rzewski rozpisał utwór Różewicza na pięć głosów, wprowadza­jąc na scenę samego poetę, na­zwanego tu Tadeusz R. (Mariusz Benoit). Na ringu będącym sce­nerią spektaklu snuje on rozwa­żania o granicy między własną twórczością, a malarstwem Francisa Bacona.

Po spektaklach Brzozy i Grze­gorzewskiego stawiamy sobie wiele pytań, nie zawsze potrafiąc na nie odpowiedzieć.