Pożytki z klasyków (współczesności) artykuł

Informacje o tekście źródłowym

Pożytki z klasyków (współczesności)

Był taki czas, że każda premiera sztuki Witkacego albo Gombrowicza stawała się w naszym życiu teatralnym wydarzeniem. Może dlatego, że — po długim okresie nieobecności na scenach — brano się w pierwszym rzędzie za utwory najgłośniejsze, z kanonu dramaturgicznego nowatorów, Oczywiście i wówczas puryści, znawcy literackiego dorobku obu wielkich, miewali pretensje. (Twierdząc np., iż wersja sceniczna danego utworu wypacza jego myśl, kłamie poetyce, powiedzmy, Witkacego, ażeby wspomnieć tylko słynne batalia Puzyny.) Jednak sam fakt udostępnienia przez teatr utworów figurujących w najbardziej podstawowych leksykonach sztuki XX wieku był dla naszej publiczności ewenementem. Stanowił drożdże i pożywkę dla umysłów, frajdę dla koneserów — poniekąd niezależnie od końcowego efektu. Niemało też dawało do myślenia to, że za inscenizacje owych sztuk brali się chętnie twórcy młodzi. Dosyć wspomnieć, że prapremiera polska Szewców, prawdziwej summy witkiewiczowskiej, miała miejsce na deskach wrocławskiego Studenckiego Teatru Kalambur…

Dziś, kiedy już daleko poza nami pierwszy etap: eksploracji dziewiczego terenu, i kiedy minął również drugi: nieustającego festiwalu Witkacego, w mniejszym stopniu Gombrowicza, pytanie jakie pożytki — może wynieść widz z nieustającej obecności tych autorów na polskich scenach wydaje się nabierać ostrości. Po okresie, kiedy to podstawowe sztuki Witkacego i Gombrowicza grywano głównie z myślą o rozmaitych pozalokalnych przeglądach jak Polska długa i szeroka (nie zawsze licząc się z możliwościami danej osoby) reżyserzy nie tylko zdają się wyszukiwać sztuki grane dotąd mniej często, ale też sami. Zdarza się, piszą utwory własne na kanwie ich życiorysów. (Jak to zdarzyło się Jerzemu Jarockiemu w wypadku Stasia. I jak ostatnio uczynił Jerzy Grzegorzewski, przygotowując najnowszą premierę w Teatrze Studio.) Słowem, nie zadowalając się od pewnego czasu podstawowym abc, kanonem, reżyserzy — znów szczególnie młodzi — sięgają i po dalsze „litery” gombrowiczowsko-witkacowego alfabetu…

Przed półtora rokiem Jacek Bunsch, aktualny dyrektor Teatru Polskiego z Wrocławia, sięgnął po rzadko grywaną, niesłychanie trudną dla inscenizatorów Janulkę, córkę Fizdejki. Zaś jeszcze rok temu, nieomal równocześnie ze Zbigniewem Michem (który dał polską bodaj prapremierę w Teatrze Nowym w Warszawie) zajął się wystawieniem niedokończonego dramatu Gombrowicza pt. Historia. Odnaleziono go po śmierci pisarza wśród jego papierów. Wszystkie trzy przywołane przed chwilą przedstawienia (Stasia już recenzowaliśmy) wręcz prowokują do poszukiwania odpowiedzi na pytania sformułowane wyżej.

Najsurowiej odpowiedź wypada, sądzą, właśnie dla Janulki…, pokazanej ostatnio w Warszawie ramach występów Teatru Rzeczpospolitej. (Za każdym razem, trzeba to dodać, mówią te odpowiedzi więcej o konkretnym reżyserze i typie teatru jaki chce on uprawiać, niż o oczekiwaniach widowni, poniekąd tam i podstawowymi utworami danego twórcy).

Znany jako wielbiciel twórczości Witkacego, inscenizator Szewców i Onych w tym samym Teatrze Polskim, Jacek Bunsch, zdaje się mieć na temat swego ulubionego autora sąd sprecyzowany. I odpowiadającą mu własną teorię interpretacyjną, polegającą z grubsza na czytaniu nie tyle nawet „po bożemu” (o co tak się dopominał Puzyna), co wręcz czytaniu „na poważnie” wszystkich utworów Witkacego. Owa teoria w moim przekonaniu, sprawdzała się dotąd z najlepszym efektem w Onych. Bo już do Szewców Bunscha winił, sądzę, cokolwiek celebrowany stosunek do dzieła; z owego, przynajmniej w części, kabaretu jakim są Szewcy wyszła reżyserowi rzecz po prostu nudna.) Wychowanek prof. Jarockiego i w swojej Janulce… również stara się zmieścić w kształcie inscenizacyjnym spektaklu całą wiedzę, niemałą, jaką posiada na temat twórczości Witkacego. Daje więc znowu dzieło niejako na klęczkach wobec Mistrza, choć wolno powątpiewać, czy w tym konkretnym wypadku utwór zasługiwał na tak wyznawczą postawą. Ludziom bardziej trzeźwo, z brutalną bezwzględnością wartościującym całość witkiewiczowskiego dorobku wiadomo, iż akurat ta sztuka nie należy w nim do najcelniejszych… Choć stanowi, kto wie czy nie najwierniejszy, najbardziej precyzyjny wykład jego teorii „czystej formy”. I w ogóle teorii sztuki, tak ściśle sprzęgniętej w estetyce witkiewiczowskiej z teorią życia…

Malujący zazwyczaj skarykaturyzowane, ale wyraziste, typy postaci dramatycznych, w Janulce, córce Fizdejki Witkacy nawiązuje do baśniowo ukaranego epizodu z dziejów Polski i Litwy (wzajemna unia i chrzest, akty tak bardzo brzemienne później w skutki). Nawiązując zaś, wikła się w materie, absolutnie sobie obcą, on, zawsze unikający w swej twórczości rodzimego kolorytu. W odróżnieniu od Gombrowicza, najbardziej bodaj kosmopolita spośród pisarzy polskich. Sceniczne perypetie, jakie przeżywają postacie Janulki… ujawniają w toku sztuki ich podstawowe kłopoty z poczuciem własnej tożsamości. Co jest egzemplifikacją in crudo teorii „czystej formy”). Bardzo słabo przystają jednak do historycznego i rodzimego tła scenicznej fabuły.

Tymczasem Jacek Bunsch wszystkie niedoskonałości tego konkretnego utworu Witkiewicza… amplifikuje na scenie! Nie daje tedy szans nawet tak dobrym aktorom jak Igor Przegrodzki, Danuta Balicka, Zbigniew Lesień czy Zdzisław Sośnierz na stworzenie w miarą choćby przekonujących postaci. Postaci, które by trzymały uwagę widza w napięciu — pomimo ich całego życiowego nieprawdopodobieństwa. Mógłby nam reżyser: odpowiedzieć: nie pragnął wcale sam Witkacy, żeby były one postaciami… Nawet jeżeli tkwi w tym sądzie jakaś racja, nie zmienia to przykrego faktu, że scena we wrocławskiej Janulce… zmienia się w arenę działań chaotycznych i nieprecyzyjnych z punktu widzenia jakiegokolwiek porządku formalnego spektaklu. I nie ratuje sprawy to, że sceniczne działania przebiegają na obojętnym tutaj tle skądinąd imponująco zamierzonej, bardzo witkiewiczowskiej z ducha scenografii (notabene — przypominającej żywo niektóre scenografie w spektaklach Jarockiego, m.in. te do różewiczowskiej Starej kobiety…). Z owego wspaniałego i zakomponowanego do ostatniego szczegółu śmietnika, z tła wszechogarniającej, „kosmicznie” pomyślanej destrukcji, docierają do nas strzępki bezsensownych dialogów, pogrążających w nudzie i bezwładzie. Pożytek z tej Janulki…? Ależ jest! Tym bardziej doceniamy wewnętrzny ład, przy pozorach bezładu, i niekłamane wartości Szewców, Matki, Onych i Bezimiennego.

Kłopot z oceną spektaklu w warszawskim Teatrze Studio wynika i faktu, że Tak zwana ludzkość w obłędzie — wspaniale, jak zwykle u Grzegorzewskiego zinstrumentalizowany kawał teatru, przynosi rzecz w znacznej mierze… tautologiczną. Spektakl został precyzyjnie skomponowany z fragmentów sztuk Witkacego, zarówno tych z kanonu jak i spoza niego. Z włączeniem urywków Pożegnania jesieni, a więc utworu stricte powieściowego. Montaż ten uzupełnia sceniczna ewokacja tragicznego finału życia pisarza, ukazanego jako — fatalistycznie i logicznie zarazem — konsekwencji wynikającej z przeczuć na temat krachu cywilizacji. Ta klamra właśnie budzi przecież wątpliwości wobec propozycji autora-reżysera. Cóż to dziś za odkrycie dowieść — po Puzynie, Gerouldzie i Błońskim — że Witkacy był jednym z owych twórców naznaczonych, by nie powiedzieć przeklętych. Z rodu artystów, którzy, aby wykazać zgodność swych teorii z życiem gotowi są zapłacić cenę najwyższą. Jest to już dziś nieomal banał, spopularyzowany szeroko po uroczystościach Roku Witkiewicza. Ażeby nie przedłużać: głównym pożytkiem z Tak zwanej ludzkości w obłędzie, poza kilkoma rolami wybijającymi się z tła na skutek takich a nie innych proporcji scenariusza (u Grzegorzewskiego nie ma miejsca na role epizodyczne) poza wiec kreacjami: Olgierda Łukaszewicza, Anny Romantowskiej, Anny Chodakowskiej i wszystkich pozostałych, pań szczególnie, główną atrakcją wydaje się być ćwiczenie egzaminacyjne, zadawane widowni ze znajomości tekstów Stanisława Ignacego. Wpatrzeni w olśniewającą Spikę — Annę Romantowską, chcąc nie chcąc zgadujemy: z którego aktu Onych jest ów Tefuan, przebrany dla niepoznaki za Teresę Budzisz-Krzyżanowską w oryginalnej edycji bi-seksa? Tutaj chwytamy urywek Szewców a tam znowu Kurki wodnej. Powie ktoś, że to wcale niemałe: zmusić widza do aktywnej recepcji, ba — wyegzekwować odeń coś w rodzaju wstydu jeśli odkryje luki we własnej znajomości dorobku Witkacego, tym razem — bohatera swoistego tekstu, jaki ogląda na scenie. Może rzeczywiście. Pamiętajmy, iż znaleźliśmy się w Centrum Sztuki noszącym zobowiązujące imię. A w tym przybytku jeden tylko grzech okazałby się nie do wybaczenia: sztampa.

Wreszcie odpowiedź trzecia, tym razem zdecydowanie pozytywna: Udziela jej ten sam Jacek Bunsh, swoją wersją Historii, owego skrzyżowania Ślubu z Operetką (w dodatku skrzyżowania, które ostało się w postaci niekompletnej). Jak przekonuje swoim zdyscyplinowanym i klarownym spektaklem wrocławski twórca, Historia nie ustępuje wcale tamtym dwu sztandarowym sztukom Gombrowicza. Przeciwnie, dzięki organicznej łączności z metodą pisarską prozaika, autora powieści i rewelacyjnego momentami Dziennika, być może tamte dwa dramaty przewyższa… W interpretacji Bunscha dzieje Bosonoga okazują się głęboko intymnym traktatem o bezsilności wartościowej jednostki wobec mechanizmów historii.

Jeśli zarówno Ślub jak Operetka — zdaje się mówić Jacek Bunsch — były snami, parabolami, to teatralność Historii bliska jest rodzajowi teatralności z jakim mamy do czynienia np. w Ferdydurke. Ta bardzo zwyczajna opowieść o niezwyczajnie inteligentnym, historiozoficznie nadwrażliwym młodocianym bohaterze toczy się w spektaklu wrocławian nie na żadnym dworze żadnych książąt Himalajów, tylko w polskiej rodzinie. W ziemiańskim dworku — wylęgarni inteligencji. Kończy zaś na theatrum drugiej wojny, w tym samym punkcie w którym akcja Ślubu ledwie się rozpoczyna. Po drodze oglądamy pierwszą światową jatkę, ujrzaną w groteskowym świetle, przez niepokornego wobec konwenansów swojej sfery młodzieńca. Wspaniale został utrafiony ton tego scenicznego traktatu o dalekosiężnych i lawinowych skutkach wzajemnego stwarzania się ludzi, tkwiących od stóp do głów w określonych rolach społecznych, Jest to zarazem traktat-protest samostwarzania się zjawisk a znaczeniu ogólniejszym i protest przeciw jego politycznym efektom. Na to samostwarzanie się historii nie jest w stanie nic poradzić krucha jednostka, ożywiona zdrowym moralnie buntem przeciw jego absurdalności.

Spektakl waha się miedzy ekstremami lirycznej przypowieści o młodym idealiście a czystą groteską, przeradzającą się w ponurą grozę bardzo konkretnych totalizmów. Teoria Bosonoga, pragnącego swe przenikliwe konstatacje o wszechwładzy konwenansu przekuć w praktykę, która by zapobiegła okresowym atakom krwawego obłędu ludzkości, okazuje się bezsilna wobec rozpętanego perpetuum mobile próżności i pychy. Motoru, niezmiennie napędzającego dzieje gatunku Homo sapiens.

Powściągliwa inscenizacja, przystająca do założenia interpretacyjnego jak dopasowana do dłoni rąkawiczka: interesujące role całego zespołu, na czele z wybijającą się kreacją Zygmunta Bielą wskiego: Ojca-Cara-Cesarza-Piłsudskiego — wszystkie niezbędne cechy ma ten spektakl, ażeby odnieść sukces. Historia Bunscha dowodzi, że dobrze jest jednak posiadać własną wizję całości dzieła danego autora. Sprawdza się ona bowiem szczególnie w tych utworach, które są godne potraktowania ich zawartości w sposób najbardziej serio.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Janulka, córka Fizdejki, opr. tekstu i reż. Jacek Bunsch. scenogr. Wojciech Jankowiak, Michał Jędrzejewski, Teatr Polski z Wrocławia.

Jerzy Grzegorzewski, Tak zwana ludzkość w obłędzie, wg Stanisława Ignacego Witkiewicza, reż. J. Grzegorzewski, scenogr. Barbara Hanicka. Teatr Studio.

Witold Gombrowicz, Historia, tekst i reż. Jacek Bunsch, scenogr. Wojciech Jankowiak. Michał Jędrzejewski, Teatr Polski z Wrocławia.