Udziwnione „Wesele” artykuł

Informacje o tekście źródłowym

Udziwnione „Wesele”

W dyskusjach na temat adaptacji teatralnej lub filmowej dzieł powieściowych zastanawiano się niejednokrotnie, jak daleko sięga prawo inscenizatora do dokonywania zmian w materii powieściowej. Odnośnie filmu Zygmunt Kałużyński w recenzji o Annie Kareninie wyraził niedawno wątpliwość, czy kino może w ogóle odtworzyć Tołstoja i dać równoważnik arcydzieła literatury.

Co do utworów, pisanych dla teatru, analogiczna dyskusja ograniczała się raczej do praw „reżyserskiego ołówka”.

Inaczej jednak przedstawia się sprawa, gdy utwór dramatyczny jest dziełem nie tylko pisarza, lecz zarazem „artysty teatru”… „poety-dramatyka, malarza, rzeźbiarza, konstruktora, reżysera i inscenizatora w jednej osobie”, jak nazwał Wyspiańskiego jeden z największych reżyserów i znawców teatru, Leon Schiller. Nasuwa się wówczas pytanie, czy wolno „poprawiać” wielkiego twórcę, który dał w swym utworze oprócz tekstu szczegółowe didaskalia czyli objaśnienia i przypisy dotyczące wystawienia sztuki. I po co to robić?

Takie pytania nasuwają się zaraz po podniesieniu kurtyny na scenie Teatru im. Jaracza, gdzie zostało wystawione Wesele. Ujrzeliśmy bowiem rzecz niezwykłą! Za miast chaty bronowickiej jakieś konstrukcje kubistyczne, sześciany rozchodzące się skosem na prawo i na lewo od „izby”, „wnętrze chaty”, która miała co najmniej cztery wyjścia „w pole”, jak mówią ładnie krakowianie. Jeżeli miało to oznaczać Wyspiańskiego „teatr ogromny”, to było nieporozumieniem, gdyż „ogromność” Wesela polega na czym innym. I tutaj znów muszę się powołać na autorytet znawcy teatru, jakim był Adam Grzymała-Siedlecki, który pisał, że „najpolotniejszym fantazjom świata nie ustępował Wyspiański w darze tworzenia wizji. Potęga jego wizyjności… dochodziła do wymiarów wprost olbrzymich”. Otóż, w tych konstrukcjach kubistycznych współczesnego scenografa zgubiły się istotne i ważne elementy dekoracyjne, którym scenograf Wyspiański poświęca w opisie Dekoracja dwie stronice: „Świetlica bielona siwo… zszeregowani Święci obrazkowi… okienko przysłonięte białą muślinową firaneczką… stół okrągły pod białym sutym obrusem… biurko, ponad biurkiem fotografia Matejkowskiego Wernyhory… sofa wyszarzana… piec bielony do maści z izbą”, i tak dalej. W imię czego, chciałoby się zapytać, zostaliśmy pozbawieni obrazu pięknej izby bronowickiej, tak szczegółowo opisanej przez poetę i „artystę sceny”, obrazu stanowiącego organiczne tło rozgrywającej się akcji? Wreszcie, również w imię czego, i to wbrew wyraźnym didaskaliom, że „słomiane straszydło ujmuje w niezgrabne racie podane przez służbę patyki”, Chochoł otrzymuje banalny rekwizyt — skrzypce? Podobnych uchybień można przytoczyć więcej. Przyczyniły się one (wraz z nieuzasadnionym połączeniem pierwszego i drugiego aktu w jedną całość) do zaprzepaszczenia wątku dramatyczno-wizyjnego, do przekreślenia sugestywnej wymowy aktu drugiego, który powinien zaczynać się według Wyspiańskiego następująco: „Świeczniki pogaszone; na stole mała lampka kuchenna”. W bardzo krótkiej scenie drugiej „Isia bawi się rozkręcaniem i przykręcaniem lampki. Północ bije na zegarze”. Reżyser, pozbawił nas tego wszystkiego. Nie słyszeliśmy zegara wybijającego „godzinę duchów”, nie widzieliśmy Isi przy lampce. Ale właśnie dopiero po tym „przygotowaniu” widzów do wątku wizyjnego, do nastroju grozy, wchodzi Chochoł, a po nim — kolejne „postacie dramatu” czyli — zjawy. Odnoszą wrażenie, że reżyser opierał się na przestarzałych opracowaniach literackich Wesela z roku 1949, sprzed dwudziestki lat, w których wyrażano obawę, że „bogata symbolika i skomplikowane wizjonerstwo Wesela mogłoby zatrzeć realne kontury konfliktów dramatycznych”. Dziś nikt się nie zgodzi z taką opinią, gdyż nawet przy zastosowaniu do dramatu najsurowszych kryteriów klasowych i politycznych (jak tego chcieli ówcześni interpretatorzy) ani symbolika, ani wizjonerstwo nie zacierają treści ideowych i społecznych, jakie są zawarte w sensie dobitnych wypowiedzi Dziennikarza, Radczyni, Księdza, Żyda i oburzonego Czepca: „To któż moich groszy, złodzij, czy Żyd jucha, czy ksiądz dobrodziej?”.

To tylko dla przykładu, gdyż inne wypowiedzi osób i postaci dramatu są nie mniej dobitne i jednoznaczne. Mam także do zarzucenia reżyserowi niewłaściwe ustawienie postaci Stańczyka, któremu nie wiadomo dlaczego przydano oblicze Wyspiańskiego, gdy wielu krytyków wyrażało pogląd, że to Chochoł i nikt inny był nosicielem sądów poety. Nie rozumiem też, dlaczego biedny Stańczyk musi „gimnastykować się” na skrzyni, zamiast — jak Matejko w swoim słynnym portrecie Stańczyka przykazał — siedzieć w fotelu? Upostaciowanie Widma jest wręcz karykaturalne. Z ukazaniem się Widma-Szeli usłyszałem chichoty na sali. To nie był Szela, lecz jakiś sankiulota z umazanymi czerwoną farbą (krwią?) kończynami i łańcuchem na gołym tułowiu. Czy nie silniejsze wrażenie sprawiałby przywódca rabacji odziany w białą świtkę chłopską, splamioną tu i ówdzie krwią? Wreszcie, sprawa Nosa, będącego uosobieniem przybyszewszczyzny (pijaństwo, kabotynizm, jakieś echa nadczłowieczeństwa), do której Wyspiański odnosił się krytycznie. Nie pojmuję dlaczego z Nosa uczyniono tragicznego inteligenta i kreowano go niemal na przedstawiciela fin-de-siècle’u?

Na tle chybionej scenografii i reżyserii można odnotować duże wartości aktorskie reprezentowane przez zespół wykonawców Wesela. Na pierwszym miejscu postawiłbym Ewę Mirowską, która pięknie mówiła wiersz i pięknie się snuła ze swą „poetycznością” przez „rozśpiewaną chatę”, której nie było. Świetną sylwetkę Żyda dał Feliks Żukowski kreując tę postać dosadnie lecz z umiarem. Barbara Wałkówna jako Panna Młoda trafnie połączyła prostotę z szorstką poezją chłopki. Ucharakteryzowany na egzaltowanego Rydla Andrzej Głoskowski po ściszeniu o pół tonu wylewów egzaltacji będzie bez zarzutu. Ponad wszelkie pochwały wydaje mi się utalentowany Józef Łodyński jako Dziad i pełen chłopskiego wigoru Janusz Gajos. Radczyni znalazła zręczną i dyskretną interpretatorkę w osobie Marii Kozierskiej. Jan Tesarz był pełnym krzepy Czepcem, a Józef Zbiróg wyszedł zwycięsko z wyznaczonej mu przez reżysera trudnej sytuacji na skrzyni. Niemożliwością jest wymienienie wszystkich trzydziestu trzech wykonawców o wyrównanym poziomie gry aktorskiej. Można tylko żałować, że zabrakło bronowickiej chaty, która podwyższyłaby rangę spektaklu.