Ustrój poetyczności artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Tygodnik Powszechny” nr 7
  • data publikacji
  • 2000/02/13

Ustrój poetyczności

To Wesele jest przedstawieniem o gwałtownym pozbawieniu złudzenia, że klęski, jakie ponosimy zawinione są przez okoliczności zewnętrzne. Te klęski są w nas i na zawsze w nas pozostaną. Dlatego będziemy przegrywać, w pojedynkę i zbiorowo.

Pod koniec II aktu państwo młodzi mocno ze sobą spleceni śpiewają „A gdy będzie słońce i pogoda…”. Śpiewają, śmieją się i płaczą, i znów się śmieją, i znów płaczą. Weseli, a ogromnie przez to smutni, smutni, a ogromnie przez to weseli. Pogrążeni w nastroju nieomal histerycznym, z gwałtowną skłonnością do radykalnych odmian stanów duszy. Ta scena najlepiej oddaje ducha trzeciego Wesela Jerzego Grzegorzewskiego. „Ustrój poetyczności” rządzi tym spektaklem. Widzowie zanurzają się w rzewności. Razem z bohaterami żałują tego, czego nigdy nie osiągnęli i tego, czego nigdy nie osiągną. Skazani na wieczną klęskę, dziś bardziej egzystencjalną niż narodową, bo inaczej rozkładają się teraz akcenty w tekście Wyspiańskiego.

WIELKIE „JA”
Jerzy Grzegorzewski prowadzi wytrwale prace nad odzyskaniem Wyspiańskiego dla współczesności. Przygląda się uważnie, na ile powstałe u początku wieku dramaty splecione z polską sprawą narodową mogą być interesujące teraz, kiedy sprawę narodową, nawet w Teatrze Narodowym, mamy, póki co, szczęśliwie rozwiązaną. Unika jak ognia łatwych aktualizacji i uwspółcześnień oraz nieartystycznej publicystyki. Podejmuje próbę znacznie trudniejszą i bardziej twórczą. Nie stara się za wszelką cenę przyłożyć Wesela do współczesności, lecz przymierza współczesność do Wesela, wydobywając jedyność i niepowtarzalność tekstu Wyspiańskiego. Rozumie, że nie wolno naginać arcydzieł do pospolitości naszej epoki. Unika w ten sposób łatwizny myślowej i interpretacyjnej, wymagając tym samym współwysiłku myślenia od publiczności.

Na scenie wnętrzności fortepianów tworzą ramy-bramy. Wyznaczają miejsca na drzwi i okna. Odwzorowują najpierw fasadę wiejskiego dworku, potem staną w różnych układach, tworząc wspaniałe amfilady. Na proscenium boki sceny ograniczają metalowe płaszczyzny z przedziałami nabitymi śrubami, na które nakręca się fortepianowe struny. Z prawej duży obraz przedstawiający Matkę Boską Częstochowską, zawsze trochę przysłonięty metalowymi płaszczyznami, nie widoczny do końca. Po prostu wisi, nie będąc nigdy eksponowanym elementem wnętrza. W głąb sceny po prawej stronie ucieka perspektywa wyznaczona plecami pianin. Tu dominuje ultramaryna, zdjęta z obrazów Wyspiańskiego. W głębi sceny srebrzysty horyzont, przed którym chochoły. W drugim akcie na scenie pojawią się wielkie drewniane kufry, w których Gospodyni (Teresa Budzisz-Krzyżanowska) przechowuje swój dobytek, w których ukryje swoje szczęście. Dużo powietrza w tej przestrzeni. Lekkość rozwiązań scenograficznych udzieli się całemu spektaklowi.

I akt przenika muzyczność, rytm tańca i wiersza. Goście co chwila pojawiają się na scenie w zbitej gromadzie podrygującej w tańcu. Bohaterowie wypadają zza kulis wczepieni w siebie, w mocnych uściskach. Doskonale określa to relacje między nimi: na ogół wcale do siebie nie pasują, pozostają w głębokim konflikcie, ale nie mogą się od siebie oderwać, są na siebie skazani. Już Czepiec (Jerzy Trela) i Dziennikarz (Adam Ferency) wytoczą się zza kulis w tanecznym uścisku, prowadząc sławną rozmowę na temat polityki. Na tym weselu każdy tańczy po swojemu, w swoim rytmie, swoim krokiem. Radczyni (Anna Chodakowska) i Pan Młody (Wojciech Malajkat) przemierzają scenę w tańcu, groteskowo niedopasowani. Miastowa pani sunie dumnie prężąc swe ciało, a świeżo nawrócony na chłopstwo Pan Młody wisi na niej zapamiętale wyrzucając do tyłu nogi. Panna Młoda (Ewa Konstancja Bułhak) kręci się jak fryga, ciesząc się swoją ślubną suknią. Ksiądz (Emilian Kamiński) jak postać z ludowej szopki ukradkiem głaszcze wstążki od jej stroju. Mimo weselnej poufałości każdy w izbie osobno, każdy zajęty sobą. Głównym bohaterem tego Wesela jest wielkie „ja” każdego z bohaterów. Każdy przeżywa tu osobny dramat, po swojemu traktuje też to, co wspólne, narodowe.

I akt rozbuchany, często śmieszny. Skrzy się fantastycznie wierszem Wyspiańskiego, polszczyzną odzyskaną, tak jak w Panu Tadeuszu Wajdy, której słucha się z wielką przyjemnością i podziwem. Poezja walczy w nim z pospolitością. Gospodarz (Mariusz Benoit) wnosi na scenę wielki słój ogórków, z którego jednak nie może ich wyjąć. Jego potężna dłoń nie przeciśnie się przez wąskie wejście do słoja. Poeta (Zbigniew Zamachowski) chętnie oddaje się medytacji, siadając w pozycji lotosu. Rachela (Dorota Segda) rozsnuwa poetyckie miazmaty, czarując Poetę. Zaproszenie Chochoła (Maria Wieczorek) na wesele to regularny seans spirytystyczny, traktowany sceptycznie przez jego uczestników, a jednak skuteczny. Chochoł z kolei czaruje muzyką, mistrzowsko grając na skrzypcach skomplikowane pasaże. W sumie Wesele staje się nieomal new age’owe, pełne tajemnych przeczuć i wszechogarniającego oczekiwania.

Z PIEKŁA RODEM
Zjawy aktu II niczego nie wyjaśnią. Pojawiają się w szalonym tempie, jedna po drugiej (akt trwa zaledwie czterdzieści minut) i przepadają pośpiesznie. Wszystkie są złe i wampiryczne. Nawet Widmo (Artur Żmijewski) z reguły traktowane melancholijnie, interpretowane jako tęsknota za utraconym i niespełnionym szczęściem, jest złe i wygląda trupio. Blade, z oczami w czarnych oczodołach jest złym duchem, który straszy. Co więcej, zły jest także Stańczyk (Krzysztof Kolberger), w wyuzdany sposób zabawiający się końskim chomątem. Rycerz Czarny (Mirosław Kowalczyk) zjawia się jak figura z renesansowego nagrobka, próbując jak Komandor z Don Giovanniego pociągnąć za sobą Poetę. Te zjawy są z piekła rodem, a nie z panteonu narodowej tradycji, narodowej mądrości, czy nawet narodowej głupoty. Wypełzają z zakamarków jaźni weselnych gości, przychodzą kąsać i zarażać trupim jadem. Jedynie Wernyhora jest posłańcem innych mocy. Pięknie wygląda, gdy wchodzi na scenę taszcząc oprócz liry korbowej wielką złotą lirę zrobioną z fortepianowej złotej ramy, na której rozpięte są struny.

W akcie III początkowo spektakl przełamuje się, nabierając rysów nieomal Czechowowskich. Pijany Nos (Mariusz Bonaszewski) pociąga przedstawienie w odmęty dekadencji. Zjawia się Rachela, majestatycznie sunąc przez długą amfiladę z fortepianowych ram. Noc nieprzespana, jak długi post, pozwoliła osiągnąć niektórym bohaterom nową nadwrażliwość. Teraz mogą więcej widzieć i więcej czuć. Inni pogrążyli się w pijackim odrętwieniu i stuporze. Nikt nie nadaje się do żadnego działania. Kac dopada poetyczność jak nieodłączny cień. Panna Młoda zaczyna strofować swego męża, traci swą magiczną powabność, której przydała jej weselna noc. Jeszcze tylko opowie swój sławny sen, pewnie ostatni, który łączył ją z poetycznością. Przechodzi na stronę pospolitości. Czepiec z kosą postawioną na sztorc wygląda wielce surrealnie. Zaraz rozpocznie się chocholi taniec. Wszystkie osoby Wesela znikną w teatralnej zapadni. Niczego nie dokonawszy odejdą w ciemną niepamięć. W programie do przedstawienia pozostaną życiorysy gości pamiętnego wesela w Bronowicach. Przeorane przez jedną lub dwie wojny, pełne nieszczęść i oczekiwanych zwrotów. Egzystencja zostaje postawiona ponad teatralną zagładą, której dokonuje Chochoł, muzykalny wysłannik śmierci. Melancholia spotyka się z historią.

ZESPÓŁ PEŁEN GWIAZD
Co stało się z Weselem teraz, kiedy w łeb wzięły łatwe patriotyczne aluzje, kiedy sprawa narodowa przestała nas żywo zajmować i bezpośrednio dotyczyć? W rękach Grzegorzewskiego dramat stał się tekstem o niemocy i poezji, o zatruciu fałszywą poetycznością i zauroczeniu teatralną nie-rzeczywistością, która okazuje się być naszą jedyną najprawdziwszą ojczyzną. W niej jesteśmy w stanie bez końca przeżywać chocholi sen i narodowy dramat. Tu bowiem możemy nadal chronić się przed pospolitością. Jednocześnie jednak ignorując pospolitość czy uciekając przed nią, skazujemy się na klęskę. Od początku wiemy, że właśnie klęska będzie naszym udziałem, a nie zwycięstwo. Jesteśmy niedzisiejsi, zakotwiczeni w przeszłości, ze spojrzeniem zwróconym wstecz. Tam nas ciągnie, a nie w przyszłość.

To Wesele jest przedstawieniem o odczarowaniu, o gwałtownym pozbawieniu się złudzenia, że klęski, jakie ponosimy zawinione są przez okoliczności zewnętrzne. Te klęski, te przegrane są w nas i na zawsze w nas pozostaną. Dlatego będziemy przegrywać, w pojedynkę i zbiorowo. Przedstawienie Grzegorzewskiego ogląda się z wielką przyjemnością. Przede wszystkim dlatego, że reżyserowi udało się odnowić wiersz Wyspiańskiego, podać tekst na świeżo, oczyścić z klisz i narośli interpretacyjnych, którymi zarósł jak staw rzęsą. Sprzyja temu nowy kontekst historyczny, pozwalający lepiej docenić poezję, uwalniający od ciągłego doszukiwania się w tekście związków ze współczesnością. Aktorzy Narodowego tworzą już zespół. Ponoć Wesele właśnie jest sprawdzianem dla aktorstwa zespołowego. I rzeczywiście zespół pełen gwiazd wspaniale radzi sobie z trudnym zadaniem. Relacje między postaciami są pełne życia, wręcz ożywienia. Mimo zamierzonej przez reżysera pełnej indywidualizacji postaci, aktorzy z wielką uwagą słuchają siebie nawzajem, zwracają cały czas uwagę na partnerów, chętnie przedrzeźniają ich zachowania i gesty, łatwo i lekko mieszają to, co przynależy do postaci z tym, co jest prywatną własnością aktora. Idealnie się dopełniają, jak w tańcu, którym przecież jest to przedstawienie. Najlepszy jest I akt spektaklu. Porywa rytmem i tempa. Gorzej wypada finał, choć i w nim jest rzecz, której nie da się zapomnieć. Kiedy pogrążona w zasłuchaniu grupa wyczekuje na cud, który, jak wiemy, nigdy się nie zdarzy, reżyser każe Racheli przejść z tyłu przez scenę. Rachela spieszy się, jakby czegoś gdzieś zapomniała. Nie zwraca uwagi na to, co dzieje się w weselnej izbie. Zjawia się nieomal przez pomyłkę, a jakże znacząco. Nie przynależy przecież do grupy „narodowego czynu”, jest z niej w naturalny sposób nienaturalnie wykluczona.

Co więc znaczy dziś Wesele? Co z niego zostało poza wspaniałą poezją i w porządku nieliterackim z przyjemnością obcowania z pięknym teatrem Jerzego Grzegorzewskiego? Czy wciąż jest to dla nas „jakiś znak”? Myślę, że przede wszystkim Wesele jest dziś dla nas nadzieją, odkryciem, że „duch się w każdym poniewiera”, że jeszcze potrafimy śnić wielkie sny. A naszą sprawą wspólną stała się obrona przed pospolitością i, paradoksalnie, posiadanie wspólnej sprawy.