„Wesele” Grzegorzewskiego wydarzeniem sezonu! artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Przekrój” nr 13
  • data publikacji
  • 2000/03/26

„Wesele” Grzegorzewskiego wydarzeniem sezonu!

Bywają w warszawskich teatrach przedstawienia i lepsze i gorsze, bywają niekiedy nawet bardzo dobre, lecz rzadko, niestety, pojawia się prawdziwe wydarzenie artystyczne, takie, które zapewne wpisze się na trwale w historię polskiej sceny. Otóż takim właśnie wydarzeniem jest, przynajmniej według mnie, lecz nie tylko według mnie, Wesele przygotowane przez Jerzego Grzegorzewskiego w Teatrze Narodowym. Grzegorzewski. obejmując kierownictwo artystyczne Narodowego, powiedział, że uczyni z niego „dom Wyspiańskiego”, no i rzeczywiście: na inaugurację dał Noc listopadową, w ubiegłym sezonie znakomite przedstawienie Sędziów, teraz — Wesele. Tym ostatnim zaskoczył publiczność bodaj najbardziej: przywykliśmy przecież do tego. że jego inscenizatorskie wizje nadają dobrze znanym utworom zaskakujące kształty, że zazwyczaj bywa to bardziej Grzegorzewski niż Wyspiański, Witkiewicz czy Krasiński, tymczasem obejrzeliśmy spektakl na pierwszy rzut oka tradycyjny, grany i wystawiony „po Bożemu”, niemal bez skrótów w tekście, bez udziwniania sytuacji, wszystko rozwijający zrozumiale i logicznie…

Niektórzy zarzucili Grzegorzewskiemu brak odniesień do współczesności, jakoby obojętne przejście obok tych stu dramatycznych lat, jakie upłynęły od prapremiery Wesela, ale to bezsensowny zarzut. W Weselu niemal każde zdanie przypomina nam niezmiernie, gdzie i kiedy żyjemy i co i jak przeżyliśmy; nie ma potrzeby jeszcze „dociskać pedał”, w przedstawieniu Grzegorzewskiego sporo jest pomysłów niedwuznacznie sytuujących tekst Wyspiańskiego w naszych czasach, tyle że nie robiących tego prymitywnie czy nachalnie.

Grzegorzewski z większą ironią, ostrzej, niż czyniono to dotychczas, kompromituje postacie z weselnej szopki. Demaskuje pozy. jakimi pokrywają wewnętrzną pustkę lub bezsilność, ośmiesza je, daje jasno do zrozumienia, że z nimi niczego osiągnąć się nie da. Po złoty róg Jasiek przychodzi kompletnie pijany. Czepiec jest głupim, hardym awanturnikiem. Gospodarz pijackim pseudo-filozofem, Poeta bardziej zajęty dziewuchami niż poezją, kaleka Rachela fascynacje bohemą naiwnie podkreśla ogniście przefarbowanymi włosami, tańczące korowody nie są bynajmniej tańcem, lecz mechanicznym podrygiwaniem w zbitej, stłoczonej masie, Chochoła wywołuje się niczym na seansie spirytystycznym z rękami splecionymi nad okrągłym stoliczkiem…
Ale Chochoł to już czysta poezja: dziewczyna przygrywająca na skrzypaczkach i wyśpiewująca cichym głosem swoją kwestię. A potem widma — wytwory podświadomości: majaki ponurych wspomnień, kompleksów, przestróg, pragnień, które rozpływają się z nadchodzącym świtem. Gdy Chochoł zagra swą śpiewkę o złotym rogu, w głębi ogromnej sceny wszyscy obracają się w onirycznym kręgu, by ostatecznie powoli — na oczach zrozpaczonego Jaśka — zapaść się pod podłogę sceny.

Ma ten spektakl wspaniałą obsadę i znakomite role: Czepiec Jerzego Treli, Pan Miody Wojciecha Malajkata, Panna Młoda Ewy Konstancji Bułhak, Gospodarz Mariusza Benoit, Poeta Zbigniewa Zamachowskiego, Rachel Doroty Segdy, Marysia Doroty Landowskiej, Dziennikarz Adama Ferency — to protagoniści, niemniej właściwie wszyscy są współautorami sukcesu, także Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Gospodyni), Ewa Ziętek (Klimina), Olgierd Lukaszewicz (Żyd), Mariusz Bonaszewski (Nos), Anna Chodakowska (Radczyni). Emilian Kamiński (Ksiądz), Krzysztof Kolberger (Stańczyk), Artur Żmijewski (Widmo) itd., itd., no i przeniknięta poezją, urocza Maria Wieczorek (Chochoł). Znakomity spektakl!