„Wesele” — porażka niezasłużona artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Express Ilustrowany” nr 30
  • data publikacji
  • 1969/02/05

„Wesele” — porażka niezasłużona

Rozpocząłem swoją recenzję, co można sprawdzić (we wczorajszym numerze „Expressu”), od cytatu z artykułu Wandy Lipiec, zamieszczonego w programie teatralnym.

Cytowana na wstępie Wanda Lipiec ma zupełną rację: geniusz Wyspiańskiego, w jego dziełach zamknięty, jest tak potężny, że zawsze zdoła się wybronić, spod lawiny pomysłów inscenizatora przebija żywe słowo poety, a że wykonawcy słowu temu ufnie zechcieli zawierzyć, przeto mamy w tym spektaklu i role piękne, i sceny prawdziwie porywające.

Ach te pomysły, te pomysły! W centrum sceny stoi stary, śliczny, stylowy zegar, pozostanie na niej również w części drugiej, gdy znikną drewniane skrzynie umownej obudowy i odsłoni się głębia podwórca ze słomianymi chochołami. Zapewne ma symbolizować ten zegar cieknący rytm czasu spędzanego w narodowej niewoli — tu wesele, tu słowa, słowa, słowa, a niewola wciąż ta sama…

Ku końcowi części drugiej pojawia się wszelako na scenie Wernyhora. Mówi z patosem, rozkazuje, gromi, aż wreszcie rozpina kożuszysko białe, aby wręczyć złoty róg Gospodarzowi. Rozpina kożuch, a pod nim, chytrze przypięty, dynada się wielgachny budzik, co go stary lirnik ukraiński zabrał na wyprawę do wsi podkrakowskiej… Skąd ten budzik, po co, na co, jakie ma symbolizować dziwa? Czy zadzwonił ten budzik starcowi, że już czas jechać, do czynu wzywać? A może przeciwnie — budzik popsuty, taka aluzja jakaś do nie zawsze sprawnej produkcji Łódzkiej Fabryki Zegarów?!

Powtarzam niezbyt wybredne koncepty, jakie podczas przerwy padały, ale i mnie samego ten budzik nieszczęsny do końca rozeźlił. Tyle piękności w Weselu, tyle głębi i szczerego gniewu, a reżyser szast-prast wiesza budzik i każe się nam martwić. Furda z tym, co chciał powiedzieć Wyspiański, niniejsza ze słowem poety, istotnie ze snu budzącego braci-Polaków, ty, widzu, zajmij się lepiej zegarzyskiem do kożucha przypiętym i pamiętaj: tego jeszcze nie było!

Są zarazem w tym spektaklu — godzi się to na koniec przyznać — ożywcze pomysły reżyserskie, jak chociażby scena z Hetmanem z II aktu, czy cała nieomal druga część widowiska, zwłaszcza wstrząsający, taniec Chocholi. Gdy już wzburzenie opadnie i na pracę inscenizatora z dalszej spojrzymy perspektywy, być może okaże się, że te właśnie sceny są jego żywym wkładem w tradycje Wesela na scenach polskich, resztę zaś powoli przysypie kurz zapomnienia, jak niejedną już realizację przysypał. Inny jest rachunek z punktu widzenia widowni, która chce i ma prawo otrzymać dzieło żywe, pulsujące krwią nie wystygłą, inny — z punktu widzenia teatralnej historii, dla której liczy się każda myśl nowa, bodaj jeden okruch diamentowy, jaki się na trwale ostanie… Wolałbym może, aby w innym tyglu, a zwłaszcza nie przy jubileuszowej okazji okruch się ów wytapiał, skoro stało się jednak, jak stało, trzymajmy go i nie odrzucajmy — on nasz.

Za dorobek łódzkiego Wesela uznajmy też — przejmującą nade wszystko w części drugiej — muzykę Stanisława Radwana, specjalnie dla tej inscenizacji napisaną.

Pozwólcie również, że najserdeczniej podziękuję aktorom za ich trud ogromny — mimo fatalnych warunków wiersz Wyspiańskiego (gdzieniegdzie co prawda, jeśli mnie słuch nie mylił, fatalnie, bez wyczucia rytmu, ołówkiem reżysera pocięty) brzmiał czysto i dźwięcznie, błyszcząc w giętkim i zadziornym dialogu.

Dziękuję wszystkim, zdałoby się wręcz afisz przepisać, choć tyle tekstu skreślono, tyle innym przydano postaciom, że niektóre role — nie z winy aktorów jednak! — zagubiły się i poszarzały, jak piękna, ale u Wyspiańskiego tylko, rola Stańczyka, nad którą Józef Zbiróg mógł siąść jedynie i płakać.

Wymieńmy więc te role tylko, które błyszczały najpełniej, w niczym jednak innym nie ujmując wykonawców.

A więc zwalistego, iście mocarnego Czepca, którego Jan Tesarz, zwłaszcza w części drugiej, z ogromną siłą wyrazu poprowadził.

A więc Ewę Mirowską (Rachel) i Mirosławę Marcheluk (Maryna) celujące w dźwięcznym podawaniu wiersza i błyskotliwych ripostach.

Ciepłą, bujnie zakochaną i nic z niczego nierozumiejącą Pannę Młodą w wykonaniu Barbary Wałkówny.

Andrzeja Głoskowskiego (Pan Młody) okrutnie skrępowanego strojem krakowskim, który na własne wdział weselisko.

Kazimierza Talarczyka (Gospodarz) miotającego się od mocy do niemocy zupełnej.

Trochę nierzeczywistą, zagubioną na weselu Haneczkę (Maria Wilhelm). Mieczysława Szargana w roli Hetmana, Józefa Łodyńskiego (Dziad — myślę przede wszystkim o jego pierwszych scenach), Janusza Gajosa (Jasiek), Macieja Małka (Poeta), Kaziemierza Iwińskiego (Dziennikarz). Jerzego Ćwiklińskiego (Nos), Marię Kozierską (Radczyni), Feliksa Żukowskiego (Żyd), Zygmunta Nowickiego (Ksiądz)…

Ich to, całego zespołu zasługą, że inscenizatorska pomyłka Wesela nie zakończyła się klęską, że mimo wszystko mamy na łódzkiej scenie — Wyspiańskiego!