Z pieśni myśl wysłuchać artykuł

Informacje o tekście źródłowym

  • autor
  • miejsce publikacji
  • „Życie Literackie” nr 17
  • data publikacji
  • 1988/04/24

Z pieśni myśl wysłuchać

Dziady — Improwizacje. Tak zatytułował Jerzy Grzegorzewski swoje przedstawienie. I podtytuł: Sceny z poematu dramatycznego Adama Mickiewicza. Zabieg prosty i uczci­wy. Stosuje go zresztą Grzegorzewski nie po raz pierwszy. Ukrywa się za tą bezpieczną formułką, otwarcie u­przedza, ze dokonał na tekście ope­racji, drastycznej i zuchwałej. Ale dlaczego właśnie „improwizacje”? A nie „wariacje” pod którym to tytułem kryła się Czajka Czechowa? Lub „impresje” na przykład? Improwizacja oznacza przecież tworzenie czegoś nagle, bez przygotowania, spontanicznie. Przynajmniej w potocznym słowa ro­zumieniu. Jednak znaczyć może także „nieprzewidziany”, a więc zaskakują­cy.

Grzegorzewski jest artystą świado­mym. W jego teatrze nie ma miejsca na przypadkowe, nieusprawiedliwione, a kokieteryjne jedynie efekty. Nawet na sformułowania. Zwłaszcza kiedy dotyczą naszego narodowego arcydra­matu. Tak więc obydwa znaczenia sło­wa „improwizacje” tłumaczą się w przedstawieniu, a także je poniekąd wyjaśniają. Mają zatem sens i zna­czenie.

Dziady według Grzegorzewskiego są przywoływaniem przeszłości. To nic nowego. Widywaliśmy już Mickiewi­czowski dramat inscenizowany jako retrospekcja wydarzeń. Tyle, że był to chwyt, klamra jedynie, bez istot­nych konsekwencji dla przebiegu i po­rządku spektaklu. U Grzegorzewskie­go powoduje to ingerencję w układ przedstawienia. Brutalną, ale umoty­wowaną. Pamięć przechowuje klisze, obrazy, strzępy scen, rwane i nieuporządkowane. Wspomnienia są zwykle płynne, niekontrolowane, zawsze subiektywne. Jak improwizacje właśnie. Zwłaszcza, że przywoływane są przez Konrada, artystę, a więc przetworzo­ne niezwyczajną wrażliwością, wyob­raźnią i osobliwym oglądem świata.

Mickiewicz ze swojego życia zrobił literaturę i poezję. Od biografii w Dziadach uciec się nie da, tak samo zresztą jak od polityki i historii. Hi­storii, która wtedy była samą współczesnością. Temat nie musiał się ucukrowywać latami, ulegiwać niczym tytuń. To powszechnie wiadomo. Ale biografię wtopioną w narodu dzieje można w teatrze wyważać na wiele sposobów i różnie rozkładać akcenty.

Gustaw-Konrad jest poetą. Wydaje się to tak oczywiste, i jasno w Dzia­dach wyrażone, że nie uważano za potrzebne przesadnie tego podkreślać. U Grzegorzewskiego to właśnie jest najważniejsze. Nie było chyba dotąd przedstawienia, które by w sposób tak dobitny mówiło o tym, że Konrad jest twórcą. I przede wszystkim twórcą. Takie przeczytanie Dziadów mieści się w specyficznej, oryginalnej poety­ce teatru Grzegorzewskiego.

Scena jest powiększona. Drewniany podest sięga do siódmego rzędu, za­garnia niemal połowę widowni. Tuż za ramą sceny niewielki stolik przy­kryty białym obrusem, z zadumaną dziewczynką za ramą okna. Dalej znów długi, stół, pod nim tu i ówdzie pa­rę zwykłych drewnianych krzyży. Głę­bię sceny kształtują ruchome, czarne ekrany. Fragmenty Salonu Warszaw­skiego gra na tle czarnej kurty­ny. Wielka Improwizacja wraz z eg­zorcyzmami na pustej scenie z dwo­ma kolumnami, w której jakby „wtopione” są łoża. Część trzecia przedstawienia, zaczynająca się od Snu Senatora, ma w tle smukłe kolumny po­chylone w stronę horyzontu. Bliżej pianino bez tylnej ściany, z widocz­nymi strunami. Ulubiony znak Grze­gorzewskiego, obecny we wszystkich chyba jego przedstawieniach. Dźwię­kiem szarpanej struny diabeł dręczyć będzie Senatora. Na proscenium duża drewniana rama z kołkami, jakby po zerwanych strunach. Nieme pudło in­strumentu, a może pusty blejtram. Ta rama jest przez cały czas. Przesuwa ją postać, nazwana w programie Guślarz II. Gra go Jerzy Zelnik.

Scena jest więc niemal pusta, prze­strzeń nieokreślona. Światła oszczęd­ne, na pozór nieefektowne, ale pięk­nie i umiejętnie zakomponowane, wy­dobywają niemal malarską plastycz­ność postaci i elementów scenografii. Wszystko to umożliwia płynność ob­razów, ich symultaniczność i ciągłe, swobodne przenikanie.

W przedstawieniu Grzegorzewskiego jest dwóch Konradów. Jeden dotyka już kresu swej drogi. Gra go Hen­ryk Machalica. Przejął tę rolę po nie­dawno zmarłym Mieczysławie Mileckim. Sędziwy Konrad zmaga się z przeszłością, z własnym życiem, splą­tanym z dziejami narodu Zniewolo­nego, umęczonego, upodlonego prze­mocą i zdradą. W przywoływanych wspomnieniach, nie ma z początku chronologii, w miarę logicznego następstwa scenicznych zdarzeń, według którego można uporządkować Dzia­dy. I zresztą zwykle tak były one wystawiane. Część pierwsza to zaled­wie skrawki scen, fragmenty tekstu, wyrwane ze wszystkich części Dzia­dów. Plątanina znaków, jakby sygna­łów odzywających się natrętnie w pa­mięci. Tekstem Mickiewicza mówią postaci z Dziadów wyjęte tak, jak je sobie wyobrażamy i jak utrwalone zo­stały w wielu przedstawieniach. Tra­dycyjnych i nie. A więc Guślarz I w długiej szacie (Józef Wieczorek), Pa­sterka w żałobie (Anna Romantowska), Gustaw z IV części. Pojawi się zresztą tylko na chwilę. Duchów wywoływa­nie przywołuje właściwie tylko dwa widma, jakby z Wyspiańskiego żyw­cem przeniesione. Zły Pan przypomi­na raczej Hetmana z Wesela. Gra go Andrzej Żarnecki. W części trze­ciej grać będzie Senatora. Zabieg świa­domy, z pewnością nie spowodowany szczupłością zespołu. Widmo drugie to młody buntownik (Waldemar Kownac­ki). Być może miał to być Wernyho­ra. Tak przynajmniej wynika z za­mieszczonych w programie wypowie­dzi, w przedstawieniu jednak tłuma­czy się raczej jako upiór zemsty. To on intonuje Konrada „pieśń szatań­ską”, która „krwi żąda” i „zemsty na wroga. Z Bogiem i choćby mimo Boga!”. Jego kostium kojarzyć się mo­że z Wyspiańskiego lalką Bolesławową. Są tu też dosłowne niemal cytaty z Wesela Grzegorzewskiego, jak choć­by ta zamyślona dziewczynka za o­knem. Te sygnały nie układają się w zakomponowane obrazy, w logiczną całość. Pozornie. Wtopione w teatr Grzegorzewskiego nie są rozbuchane, ani zbyt sugestywne. Raczej ascetyczne. Pochodzą z naszej tradycji, także historii, ale dopiero przetworzone przez sztukę utrwaliły się w naszej świado­mości, obrosły w legendę, zakrzepły w mit. Społeczny i narodowy. Sta­rego Konrada zmagania z przeszłością są bowiem przede wszystkim rachunkiem artysty, który czuje się odpo­wiedzialny za świadomość narodu przez sztukę formowaną. A więc za jego losy także.

Wielką Improwizację zaczyna Kon­rad sędziwy. „Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha?”… „Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i ję­zyk trudzi”. Nie brzmi to wzniośle, raczej gorzko. Te słowa powtarzane przez młodego Konrada mają już in­ne znaczenie i nieco odmienne zabar­wienie. Dzisiejsza pewność wtedy by­ła bowiem tylko wątpliwością.

Młodego Konrada gra Wojciech Ma­lajkat. Jest bardzo współczesny, nic z romantycznego bohatera, ani w ko­stiumie, ani w interpretacji. Ot, bar­dzo zwyczajny młody chłopak, jakich wielu na naszych uczelniach i uli­cach. Banalny sweterek, okularki, niewątpliwie intelektualista i na pewno artysta. Jest w nim żarliwy bunt, gor­liwe poczucie własnej potęgi, wiara w posłannictwo sztuki, skoro włada nią jak mistrz. Domaga się „rządu dusz”, aby obudzić naród. Raczej „myśli wła­dzą”, aniżeli czuciem.

Raz jeszcze podczas Improwizacji o­dezwie się Stary Konrad: „Czym jest me czucie? / Ach, iskrą tylko! / Czym jest me życie? / Ach, jedną chwilką!”. To nie tylko gorzki komen­tarz. Stary Konrad widzi nie tylko „wieków ciąg cały, mnie z dziejów wiadomy”, lecz także te „co jutro ry­kną gromy”. Zatem wspomnienie jest także projekcją przyszłości. „Dzieje wiadome” to świadomość dalszych lo­sów narodu, od wieków rozpiętego mię­dzy niewolą a buntem, ofiarą a zdra­dą, kolejnym wzlotem a nieuchron­nym upadkiem.

Mickiewicza świat nadprzyrodzony to u Grzegorzewskiego raczej uposta­ciowane głosy niż dobre i złe duchy. Są z teatru rapsodycznego. Tylko w Śnie Senatora diabły mają twarze uwięzionych studentów, a Anna Cho­dakowska wyraziście zagra szatana w scenie egzorcyzmów. W całym zresztą przedstawieniu ważne wydaje się słowo, oszczędnie inkrustowane teatralny­mi znakami. W tak pomyślanym spek­taklu mieści się fragment UstępuOleszkiewicz, zwykle w insceni­zacjach Dziadów pomijany. Oleszkie­wicz — malarz, asceta, mistyk, nazy­wany był przez polską młodzież w Petersburgu „naszym Guślarzem”. Fragment proroctwa Oleszkiewicza re­cytuje Jerzy Zelnik, raz jeszcze zma­gając się z tą wielką ramą. Na chwilę tylko udało mu się uchwycić w nią młodego Konrada podczas Wielkiej Improwizacji. Poza tym obejmowała jedynie niewielkie urywki obrazów, kawałki scen.

Część trzecią przedstawienia, poza Snem Senatora, przenosi Grzegorzew­ski na widownię, pomiędzy sceną a rząd pierwszy. Tu właśnie rozgrywa spore fragmenty Salonu Warszawskiego. Normalnie, po kolei, grane realistycz­nie, z sumienną troską o charakterystykę postaci. Pomysł dwuznaczny i wcale perfidny. To, co autentyczne, dzieje się nie tylko wobec nas, ale po­śród nas widzów. Teresa Budzisz­-Krzyżanowska z nieco łzawym senty­mentalizmem wydeklamuje dramat pa­ni Rollison. Senatora z powściągliwym cynizmem zagra Andrzej Żarnecki. I wszystko jest nareszcie jasne, całkowicie zrozumiałe, w pełni zrozumiane. Widzenie księdza Piotra mówi u Grzegorzewskiego Teresa Budzisz­-Krzyżanowska w zakończeniu przed­stawienia.Pani Rollison, Mickiewicza „wolność zapłakana”, żałobna matka. Starego Konrada spotyka Konrad mło­dy, prowadzany na zesłanie. Henryk Machalica przejmie kwestie i Księdza Piotra, i Żołnierza w ostatnim, koń­czącym spektakl dialogu z Konradem. „Każdy w swoją stronę”.

Powraca więc i „ciąg wieków”, i zapowiedź przyszłości. Zamknął się krąg wspomnieniowych rozrachunków. Człowieka i artysty. Stary artysta ma świadomość, jak bardzo ograniczona jest potęga sztuki, w którą kiedyś tak prawdziwie i głęboko wierzył. „Rząd dusz” to złudzenie właściwe młodości i marzenie, które spełnić się nie mo­że. Jak wyrazić w sztuce to, co naj­ważniejsze? Można zamknąć w niej chwilę historyczną, ludzkie dzieje, sa­tyrę, czy pamflet, ale to, co dla poe­ty istotne, pozostanie niezrozumiałe, a więc nieuchwytne. Przyjęte chłodno przez obojętnych ludzi. I wobec tej obojętności artysta jest bezsilny. Jego posłannictwo wypełnić się nie może.

„Mnie się zdaje, że wrócą czasy ta­kie, że… trzeba będzie natchnienia i wiadomości z góry o rzeczach o któ­rych rozum powiedzieć nie umie, żeby obudzić w ludziach uszanowanie dla sztuki, która nadto długo była aktor­ką, nierządnicą lub polityczną gaze­tą.” Zdanie to napisał Adam Mickie­wicz w jednym z listów, dokładnie sto pięćdziesiąt cztery lata temu. Ta zapowiedź przyszłości nie sprawdza się. Przynajmniej na razie. W każdym ra­zie nie w teatrze. Do teatru naszych czasów pasuje raczej ten oto wierszyk. Też Mickiewicza.

W folwarku łaskę mam
u ochmistrzyni cór
I w braku lepszych pism czyta
mnie nawet dwór.