Antyczny Tryptyk artykuł
Informacje o tekście źródłowym
Antyczny Tryptyk
Istnieją dyskusje odwieczne. Jedną z nich jest spór o istotę społecznej funkcji sztuki. W arystofanesowskich Żabach toczą go Ajschylos i Eurypides: dydaktyka czy fotografia? słowa zagrzewające do czynów czy słowa prawdziwe? apelowanie do serca czy kokietowanie zmysłów? synteza czy analiza? Kazimierz Dejmek dołączył do tej dysputy, którą w czeluściach mitycznego Hadesu toczą dwaj mędrcy, efektowny dodatek. Poprzedził Żaby Ajschylosowskim Agamemnonem oraz Eurypidesową Elektrą. Widz, zanim posłucha dyskusji, może sam wyrobić sobie zdanie o przedmiocie sporu i wydać sąd o argumentach.
Arystofanes w Żabach przyznał wyższość Ajschylosowi, sympatie Dejmka idą w przeciwnym kierunku. Jego Agamemnon dźwięczy pusto, wielkie uczucia nie znajdują pokrycia w słowach — tylko gromkich, ludzie przytłoczeni zostali ogromem niepokolanie mar-murowego portyku, skrępowani koturnem, kostiumem i hieratycznym gestem. Ze sceny wieje nuda, tym bardziej sugestywna, że odmierzają nam jej czas skandowanym dobitnie metrum aktorzy przewyborni: Irena Eichlerówna (Klitajmestra), Halina Mikołajska (Kasandra), Janusz Strachocki (Strażnik), Marian Wyrzykowski (Herold). Chór starców argiwskich przesuwa się w dostojnym skupieniu, jedynie rytmicznym ruchem trzymanych w dłoniach gałązek oliwnych zdradzając swój stosunek do wydarzeń, o których śmiertelnym przystoi tylko milczeć. Mówi jedynie przodownik (Ignacy Machowski) wstrzemięźliwie dawkując słowa i uczucia.
Inaczej w Elektrze. Już od pierwszych, z nie maskowanym przejęciem wypowiadanych przez Lecha Madalińskiego (Wieśniak) zdań ekspozycji owłada sceną żar namiętności. Nie gasi go nawet intensywna czerń kostiumów, w których aktorzy poruszają się, niczym monstrualne nietoperze. Zniknęła uprzednia statyczność sytuacji, słowa są dynamiczne, uczucia są prawdziwe. Bohaterowie nie prezentują już beznamiętnie swoich racji, lecz o nie walczą. Z czołówki wykonawców najlepiej chyba pojęła i najpiękniej zrealizowała intencję reżyserską Elżbieta Barszczewska. Jej Elektra pozór heroiczny łączyła z gamą uczuć niekiedy aż przyziemnych, tym bardziej więc ludzkich. Nic z pustosłownej retoryki, nic z emfazy. Dialog z Klitajmestrą, kiedy to płacze się nad śmiercią ojca, a planuje śmierć matki, rozegrany był w nastroju podobnym niemal do psychologicznego dramatu. Takie poprowadzenie reżyserskie całej Elektry akcentowało bez osłonek stanowisko, jakie w sporze dwóch ateńskich dramaturgów zajął teatr. Pozie przeciwstawiona została prawda. I, choć może mniej efektowna, wygrała wyścig wciągając widza w wir gry, przedtem mu obojętnej…
Tyle Arystofanes i tyle Dejmek, a krytyk? Jego przywilejem jest nie tylko przysłuchiwać się starym sporom, ale również wypowiadać swój pogląd na metody ich prezentacji. Cóż zatem? — chyba jednak rozczarowanie. Mimo wysiłków tłumacza Żab, Artura Sandauera, by starożytną wersję odwiecznego sporu odświeżyć aluzyjnymi bon-mots, które na prasowej premierze aktorzy adresowali wprost do sali, wypatrując, gdzie siedzi X, a gdzie Y — arystofanesowski dialog irytuje. Czas odmienił w sposób zbyt widoczny argumenty w sporze, przetasował gruntownie proporcję, wprowadził do rozumowań całkiem nowe prze-słanki. Teatralna zabawa pozostaje więc tylko żonglerką słów, wyciągniętych z lamusa. Mimo bon-mots, mimo Sandauera i mimo wyrecytowanej wielce znacząco przez aktorów parabazy.
Kompozycja dejmkowskiego tryptyku antycznego przypomina śliczną zabawkę, zawieszoną w próżni. Można kontemplować kunsztowne tyrady poszczególnych protagonistów, można oklaskiwać efektowne ujęcia scenograficzne, można śmiać się z rubasznych konceptów Siemiona (Ksantiasz) lub z pomysłowo rozwiązanej sceny Umrzyka (Zbigniew Kryński). Jeżeli rzecz uznać za kolejną propozycję współczesnej interpretacji wielkich Greków to zademonstrowana na deskach Teatru Narodowego mieszanka firmowa gatunków i stylów zakrawa po trosze na kiepski dowcip. Wypadnie chyba, trawestując Arystofanesa, powiedzieć, iż…
„…trzeba się lękać, że cienkich
nie pojmą
Wywodów widze — nieuki!”
Rozczarowanie pogłębia fakt, że spowodował je twórca, od którego przyzwyczailiśmy się oczekiwać dzieł najwyższej próby. A tymczasem trylogia Kazimierza Dejmka powiększyła jedynie długą listę niezbyt fortunnych wycieczek teatralnych w antyk. (Że przypomnę niadawną premierę w Teatrze Powszechnym Siedmiu przeciw Tebom i Antygonę). Zaiste, jakieś fatum ciąży tu nad nami. Zresztą fatum z bardzo konkretną genealogią historiozoficzną. Luminarze XIX-wiecznej filologii zbyt długo przekonywali świat o słuszności swej wizji posągowej, „białej Grecji”. Dziś ten mit profesorski został skompromitowany przez naukę, ale pokutuje na scenie. Odmierzone gesty, onomatopeiczne frazy, celebrowany heksametr, półbaletowe pas w miejsce kroków. Wszystko to przekazuje z zadziwiającym uporem winckelmannowską quasi-prawdę, którą ukształtowały parthenońskie fryzy i fidiaszowe kolosy, ale której kłam zadają relacje o procesie Sokratesa i Tukididesowa Historia wojny peloponeskiej. Bohater tragedii antycznej jawi się nam niezmiennie jako rozdeklamowany heros (interesujące propozycje Holoubka — Edypa i Mikołajskiej — Medei stanowiły tu raczej próbę kompromitacji formy przez uleganie presji starych treści), gdy w rzeczywistości jest to człowiek walczący, częściej z sobą samym, niż z kohortami Erynii, człowiek pełen sprzeczności. I w tym właśnie, a nie tylko w wydrwiwanym w Żabach pięknie słów o „wiel-kości wołowej” tkwi wiecznie żywa, wiecznie atrakcyjna siła antyku. Czekająca po dziś dzień na swego teatralnego odkrywcę.
Jeden człon z omawianego tryptyku — Elektra — każe sądzić, że mógł nim być Kazimierz Dejmek. Gdyby tekst Eurypidesa uznał za cel, a nie za przesłankę w estetycznej dyskusji. Ale cóż! — Lubimy udawać Greków